Navigation Menu
ISHIGAKI, Japonia. Wyspa na końcu świata.

ISHIGAKI, Japonia. Wyspa na końcu świata.

on Gru 30, 2016 in Japonia

Bardzo dużo działo się w mojej głowie podczas ostatnich 6 dni w Japonii. Wszystko było inaczej – inaczej niż się spodziewałam, inne niż to, co znałam do tej pory, inaczej spojrzałam na własne zdolności poznawcze. Ostatnie 6 dni w Japonii otworzyły mi głowę. Od tamtej pory jest w niej inaczej.

EGZOTYCZNIE, czyli jak?

Podróże rozszerzają horyzonty, co oznacza nie tylko poznawanie świata, ale również poznawanie siebie. Do tej pory myślałam, że nie ma nic łatwiejszego niż podróżowanie, okazało się jednak, że póki co to w tym raczkuję. Jeżdżę sobie po niemal jednolitej przyrodniczo i kulturowo Europie, w bezpiecznej bańce dostosowanego pod nasze potrzeby kampera, raz na jakiś czas zostawiając go na rzecz lepszego lub gorszego hotelu. Wciąż jednak w tej samej Europie, ciągle w strefie komfortu.
Japonia była wyzwaniem, z którym radziłam sobie dobrze aż do Ishigaki.

SUKUJI BEACH

Ishigaki to dla mnie lekcja pokory wobec podróżowania, otwarcie nowych drzwi do poznania świata i samej siebie. Nie miałam problemu z zaplanowaniem japońskiej wyprawy, z noszeniem plecaka przez Japonię, z ogarnięciem komunikacji, z obcym jedzeniem, z upałem jako takim, z jetlagiem (może tyci tyci) i dostosowaniem się do obcej kultury. Miałam problem z egzotyką, a raczej z odnalezieniem się w obliczu zderzenia tej egzotyki ze swoimi o niej wyobrażeniami. Każde rajskie zdjęcie, które zrobiliśmy na Ishigaki, ma drugie dno – drugą stronę raju.

Okazuje się, że egzotyka to nie tylko biała plaża, niebieskie morze i zielone palmy. To, że nam jest dobrze w takich warunkach oznacza, że równie dobrze czują się w nich inne, nieznane nam istoty. I to jest ich świat, a my jesteśmy w nim tylko gośćmi.

Jeśli nie chce się spędzać czasu w egzotycznym miejscu w bezpiecznym, ale zamkniętym kurorcie, w którym można zapomnieć, gdzie się tak w ogóle jest, jeżeli chce się poznać trochę więcej niż tylko przybasenowy leżak, trzeba się na tę egzotykę otworzyć. A często będzie się to równało z rezygnacją z wygód, do których się przywykło i konieczność obcowania nie tylko z tubylcami rasy ludzkiej, co jest stosunkowo łatwe, ale również z tubylcami każdego innego gatunku, co już takie łatwe nie jest.

Japonia +  najpiękniejsze plaże = ISHIGAKI

Sukuji Beach, Ishigaki

 

Ishigaki leży w archipelagu Yaeyama, w prefekturze Okinawa i jest jedną z najdalej na południe wysuniętą wyspą Japonii. Trafiliśmy na koniec świata.

Wyspie bliżej do Tajwanu niż do Japonii, zarówno geograficznie, jak i kulturowo. Historycznie, Ishigaki należała do Królestwa Ryukyu, zamieszkanego przez lud Ryukyu, które dopiero pod koniec XIX wieku trafiło pod japońskie władanie. Dlatego na Ishigaki jest inaczej niż w Japonii. Przede wszystkim, jest o wiele bardziej gorąco, co zdawało się niemożliwe. A jednak.

Kabira, Ishigaki

 

 

JAK SIĘ DOSTAĆ

Samolotem, z lotniska Kioto/Osaka, albo z Tokio. Można też polecieć najpierw na Okinawę, a stamtąd na Ishigaki. Najtańsze linie to lowcostowe lokalne linie Peach Airlines.

 

PIERWSZE WRAŻENIE

Z lotniska jedziemy autobusem do miasteczka przy zatoce Kabira, gdzie znaleźliśmy nocleg. Lotnisko i zatoka leżą po przeciwnych stronach wyspy, mamy więc okazję pobieżnie obejrzeć tropikalną Ishigaki. Sprawia wrażenie wysiedlonej, choć łatwo o takie wrażenie przylatując tu prosto z pełnego ludzi Kioto, czy jakiejkolwiek innej japońskiej metropolii. Chodniki pozarastane trawami, drzewa o gigantycznych liściach włażą na ścieżki. Mijane nieliczne domy są nieładne, jakby budowane tymczasowo, teren wokół nich zaniedbany. Nigdzie nie ma ludzi, pełno za to nasyconej tysiącem odmiany zieleni bujnej roślinności.

Autobus zatrzymuje się kilka razy w miejscach, gdzie prawdopodobnie poukrywane są hotele i atrakcje wyspy. Nasze lokum znajduje się tuż przy Zatoce Kabira, nad którą tłumnie przyjeżdżają turyści, żeby obserwować rafę koralową przez szklane dno wycieczkowych łódek.  
Musi to być jakiś kurort – myślałam, planując tydzień błogiego wylegiwania się na białym piasku nad turkusowym oceanem.

KABIRA BAY

KABIRA BAY

WELCOME TO THE JUNGLE

Docieramy do szarego budynku otoczonego kilkoma przyczepami pośród palm. Iriwa Guesthouse – jesteśmy na miejscu. Wszystko wygląda jak australijsko-studencki hostel po riukańsku. Dwie młode Japonki nie mówiące po angielsku jakoś tłumaczą nam, co i jak, i prowadzą do naszej przyczepy.

W pierwszym odruchu chciałam uciec. W przyczepie śmierdziało wilgocią, po ścianach chodziły jaszczurki, wokół cykały ogromne cykady, szeleszczące złowieszczo w liściach palm otaczających przyczepę. Po nieudanej próbie zamiany przyczepy na pokój w budynku i wypłaszaniu jaszczurek za drzwi za pomocą parasoli, przyszedł do nas właściciel Iriwy, zaniepokojony naszymi obawami. Wytłumaczył, że jaszczurki są dobre, bo zjadają insekty, są wszędzie, on sam ma ich w domu kilkanaście i bardzo się z tego cieszy. Chyba się bał, że je pozabijamy. Opowiedział, że słowo “geko”, czyli gekon po japońsku jest bardzo podobne do słowa oznaczającego “szczęście” i nie wolno im robić krzywdy.

Lepsze jaszczurki niż insekty i pająki. 

Po upewnieniu się, że nie znajdziemy na Ishigaki lepszego lokum, na które nas będzie stać, zaczęliśmy się rozgaszczać. Noclegi w hotelach w tym czasie były okrutnie drogie, tysiąc złotych za dobę przekraczało nasze możliwości, więc jaszczurki i wilgoć przestały być takie straszne. Teraz, gdy przypominam sobie jaką oazą była dla nas ta przyczepa z klimatyzacją pośród nieznośnego skwaru Ishigaki, z jaką radością witaliśmy jaszczurki pewni, że dzięki nim nie napadną nas ogromne pająki i inne stwory, i jak mi było smutno, że sobie poszły z łazienki, chce mi się śmiać z początkowej reakcji.

Jednak pierwsze zetknięcie z nieznaną mi dotąd egzotyką nie było tak rajskie, jakim widziałam je w myślach.

HOTELE NA ISHIGAKI

Oceniając z perspektywy czasu, nasza przyczepa faktycznie była opcją najlepszą z możliwych, biorąc pod uwagę nasze możliwości finansowe. Za jedną noc płaciliśmy około 300 zł, za samochód, którym jeździliśmy przez 3 dni policzono nam grosze, a pierdołami typu dokumenty nikt się nie przejmował.

Przed chwilą sprawdzałam ceny hoteli na Ishigaki  – za fajne hotelowe chatki przy plażach, w kurortach z basenami, trzeba zapłacić około 700 zł za dobę, przy pobycie w styczniu. W lipcu ceny wzrastają dwukrotnie.

 

RUSZAMY NA KURORT

W guesthousie dostajemy mapkę, a na niej zaznaczonych kilka knajpek, ruszamy więc na posiłek. Jest 15:00, skwar niemożliwy. Nie możemy znaleźć żadnego z zaznaczonych miejsc. Docieramy do “centrum”, składającego się z dwóch sklepów, dwóch restauracji, dwóch budek z lodami, parkingu i przystanku autobusowego. Wszystko wygląda jak zatrzymane w latach 50-tych. Nie tak wyobrażałam sobie kurort, a jednak to jest właśnie to – autokary przyjeżdżają i odjeżdżają, jesteśmy tuż nad Zatoką Kabira.

W jedynym spożywczaku kupujemy pyszne przekąski, w automacie zimne drinki i tak zaopatrzeni, siadamy na piasku gapiąc się na przypływające i odpływające łódki z turystami. Upał taki, że mimo iście rajskiego widoku, po 20 minutach  i szybkim “orzeźwieniu” w gorącej wodzie, wleczemy się z powrotem do naszej przyczepy, do klimatyzacji, zahaczając o automat z zimnym piwem. Trzeba się jakoś odnaleźć.

Ochłodzeni klimą, bierzemy rurki i idziemy snorkelingować na jedną z plaż zaznaczonej na mapie. Droga niczego sobie – mijamy grobowce, krowy, gaj tropikalny, przez który niemal przebiegamy, przestraszeni odgłosami ogromnych cykad i innymi szelestami. Na własne oczy poznaję, co to jest gigantyzm – wielkie liście, wielkie cykady, wielkie pająki. Wielki upał. I wszędzie pusto.

Przedzieramy się ścieżynką przez zarośla i nareszcie jesteśmy. Jest po 16:00, poza nami na plaży są tylko maleńkie krabiki popierniczające po piasku i… kozy, objadające dżunglę z liści. Japończycy nie plażują. Zachwyceni kolorem wody, kolorowymi rybkami i podwodnym światem, oszołomieni słońcem postanawiamy wrócić tu rano. Czyżby jednak raj? 

Rano, z plecakami wypchanymi maskami, rurkami, przekąskami, małymi buteleczkami z sake, ochoczo wędrujemy na plażę. Przypomina ona step, wody nie ma, szare koralowce, poprzedniego dnia w całości pokryte wodą, sterczą smutno na suchego przestworze oceanu i wysychają w słońcu.

Odpływ, kto by przypuszczał…

Sukuji Beach, Ishigaki

Sukuji beach, Ishigaki

 

Ishigaki oczami Karoliny, blog W Krainie Tajfunów

„Zrozumiałam od razu na czym polega fenomen zatoki Kabira (川平湾). Po pierwsze, turyści oglądają ją jedynie z wyznaczonego miejsca, które zostało uprzątnięte i wymuskane wręcz na błysk. Nie zobaczę nigdy bocznych dróżek, którym bliżej do slumsów niż do japońskiego „high class” ośrodka turystycznego. Wsiadają na łódki ze szklanym dnem i patrzą na pokryte koralowcem dno, cykając przy tym tonę zdjęć.

Byłam tylko ja i morze. I nadzieja, że nie ukąsi mnie jedna z jadowitych meduz albo wodnych węży (ponownie zdałam się na zapewnienia sąsiada, który zapewniał, że NA PEWNO jest to bezpieczne miejsce do kąpieli. „Rekinów też raczej nie ma.”) Ale kiedy wracałam z plaży z mokrymi włosami, gubiąc po drodze drobinki piasku i przechodziłam obok ogromnych grobowców, uświadomiłam sobie, że po raz kolejny Japonia udowadnia, że jest krainą kontrastów. I za to ją kocham.”

Zatoka Kabira (川平) – turystyczny raj czy piekło?

 

DZIEŃ TRZECI

Skoro główna czynność, jaką chcieliśmy na Ishigaki wykonywać, czyli plażowanie odpadło, z przyczyny paradoksalnej, czyli gorąca, zmieniamy plany. Pożyczamy auto od właściciela guesthouse’u i jeździmy po wyspie, co samo w sobie jest rozrywką – rozkminka przed każdym rondem, w którą stronę jechać i włączanie wycieraczek zamiast kierunkowskazu rozbawia nas za każdym razem (w Japonii jest ruch lewostronny).

Powoli zaczynamy poznawać zasady życia na Ishigaki. Uczymy się, kiedy jest przypływ, a kiedy odpływ, kiedy warto iść na plażę, a kiedy skryć w klimatyzowanym pomieszczeniu.  Na którą plażę jechać, w zależności od tego, co chcemy robić – pływać, więc na plażę bez rafy, czy snorekellingować, więc na plażę z rafą.

Odkrywamy, że pod powierzchnią wody toczy się niezwykle fascynujące i obce dla nas, a przez to przerażające życie. Po spotkaniu z wężem morskim mniej ochoczo pchamy się “w morze”, mocząc się przy brzegu w gorącej jak zupa wodzie. 

Meduzy Habu i inne stwory

Prawie przy każdej plaży stała tablica z ostrzeżeniami przed meduzami Habu, których poparzenie może być bardzo groźne dla zdrowia, a nawet życia. Jeszcze groźniejszy jest wąż morski, którego miałam okazję spotkać w wodzie, nie wiedząc jeszcze, że jest niebezpieczny. Każde wejście do morza niesie ze sobą większe lub mniejsze ryzyko, i większy lub mniejszy psychiczny dyskomfort, w zależności od człowieka. Ja się bałam wszystkiego, co tam żyło pod powierzchnią wody i każda wyprawa z rurką była z mojej strony aktem odwagi. Rybki Nemo i kolorowe korale trochę łagodziły strach.

Przestajemy widzieć brzydkie domy, a zaczynamy dostrzegać to, co ukryte – życie, które toczy się z konieczności z dala od słońca, bo o tej porze roku  praży ono tak, że nie da się wytrzymać. Uczymy się nawet drzemać po południu, pokonani przez upał jak nigdy wcześniej.

Poznajemy rytm życia na wyspie. Na kolację wychodzimy po 21:00, gdy temperatura spada o kilka stopni. Znajdujemy poukrywane w podwórkach i niepozornych barakach knajpy z przepysznym sashimi albo indonezyjskim żarciem i uroczym klimatem.

Wieczorem dnia trzeciego zapisuję:
“Idziesz po 21:00 ciemną jak najciemniejsza noc ulicą, widzisz światełko i menu, wchodzisz, a tam pełno ludzi i muzyka gra. Na przykład polskie reggae. Jest bardzo egzotycznie i bardzo niekomercyjnie. Mnóstwo tu dźwięków, których nie znamy i owadów te dźwięki wydających, których się boimy. W morzu o temperaturze zupy jakieś stwory, parzące meduzy, koralowce. I to palące słońce. Oczy widzą raj, kiedy dołożyć inne zmysły, poznajesz jego drugą stronę. I tej drugiej stronę Europejczycy z miasta, czyli ja i Marcin, się uczymy. Na przykład teraz, siedzimy na dworze, na ogrodzie naszego guesthouseu, pijemy wino, bujamy się na hamaku i co  rusz strzepujemy ze stóp jakieś żuczki, albo zabijamy pająki. Jaszczurki już w ogóle nie robią na nas wrażenia, co odnotowuję jako sukces. Nie jest łatwo żyć w raju:)”

 

OBJAZD WYSPY

Kolejne dni spędzamy na zwiedzaniu. Śmieszne auto właściciela guesthouse’u anektujemy na 3 dni. Jeździmy gdzie się da i za każdy razem podziwiamy inny krajobraz, w zależności od ruchów wody. Niby każdy wie, co to przypływ i odpływ, ale kiedy obserwuje się to zjawisko po raz pierwszy i w takiej skali, zdumiewa.

ISHIGAKI CITY

Docieramy do stolicy wyspy, Ishigaki city, w którym życie toczy się jak w typowym nadmorskim mieście. Nie zachwyca urodą, jednak da się je lubić. Dla odmiany, jest tu spory ruch, dużo sklepów, knajpek, hoteli. Najbardziej podobają mi się klimatyczne sklepiki z lokalnymi smakołykami rękodziełem i fajnymi ciuchami, wszystko w cenach oczywiście japońskich. Mimo to, żałuję, że nie kupiłam sobie ekstremalnie drogiej, ręcznie tkanej torby z tradycyjnego, wytwarzanego tylko tu materiału. Albo chociaż portfela. A już najbardziej żal, że Marcin nie kupił tego kapelusza, wygląda przecudnie.

Trafiamy na uliczny festiwal w porcie, siadamy na chodniku jak wszyscy i słuchamy regionalnej muzyki granej na żywo na zaaranżowanym na scenę statku, jedząc smażone przysmaki i pijąc wino. Jest super.

SUP na Ishigaki

Marzeniem Marcina było spróbować Stand-Up Paddle, co udało nam się ostatniego dnia. Deskę można wypożyczyć przy hotelu Seaside, na Sukuji Beach. Procedura jest prosta – płacisz, dostajesz deskę i pływasz sobie pół godziny. Być może dla lokalsów przeprowadzają mini trening, cudzoziemiec to za duże wyzwanie językowe, więc radziliśmy sobie sami. I o to nam, szczerze mówiąc, chodziło.

Supowanie spodobało nam się na tyle, że po powrocie kupiliśmy własną deskę i przez wakacje złapaliśmy bakcyla całkowicie.

CZY WARTO?

TAK, TAK I JESZCZE RAZ TAK! Ishigaki to niezwykła wyspa, pozbawiona komercji, turystycznej tandety, autentyczna. To nie Bora Bora, Malediwy, czy inny rajski kurort. Ta wyspa jest rajska na swój sposób, prawdziwie egzotyczna. Pewnie gdybyśmy wybulili kupę kasy na pobyt w luksusowym hotelu nasze doświadczenia byłyby inne. Przyczepa z jaszczurkami w guesthousie Iriwa, prowadzonym przez zakochanego w Ishigaki Koreańczyka, doświadczonego nurka i miłośnika podwodnego świata dopełniła obrazu – zobaczyliśmy kawałek innego świata. I choć zdecydowanie lepiej czuję się na wodzie niż pod nią, fascynuje mnie, że są ludzie tak mocno zakochani w podwodnym świecie. Dlatego mieszkają na takich wyspach jak Ishigaki – owładniętych przez ocean.

    3 komentarze

  1. trzeba było trenowac w Bieszczadzie

  2. Jak się cieszę, że wróciliście przez nic niepokąsani!

    • My też:)

Post a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Na domówce u mnicha. Koya-san, Japonia.
TAKETOMI. Koralowa wyspa