W międzyczasie

18 lipca 2014

O trudnej sztuce pakowania

Tagi: , ,

Do tej pory opublikowałam na blogu 59 wpisów. Załóżmy, że tematyka sześciu
z nich nie dotyczyła bezpośrednio podróży,  a siedmiu wyjazdów nie opisałam. Przyjmijmy więc, że w ciągu ostatnich trzech lat wyjeżdżaliśmy 60 razy. Wystarczająco dużo, żeby móc nauczyć się robić pewne rzeczy mechanicznie, unikając błędów i pomyłek. Jednak im dalej w las, tym więcej drzew, a od rutyny do pewnej nonszalancji, żeby nie powiedzieć olewatorstwa, niedaleko. Jako, że nonszalancja brzmi szlachecko i artystycznie, tym słowem określę swoje ujawniające się coraz częściej podejście do dość istotnych w kamperowaniu kwestii – nawigowania, przygotowywania trasy zwiedzania/wypoczynku i, last not least, pakowania.

Okazuje się, że nawigacja nie zawsze jest naszą przyjaciółką, rolą pasażera niekoniecznie jest relaksowanie się przy mohito i drzemanie, a ten wielki atlas,
z którego tak chętnie korzystałam na początku naszej kamperowej przygody nie powinien robić tylko i wyłącznie za półkę. Początkowo wyjeżdżając za każdym razem sprawdzałam na mapie, gdzie jedziemy i wzorem mojego Dziadka zapisywałam sobie zjazdy autostradowe i miejscowości, które będziemy mijać. Teraz ograniczam się do wpisania miejscowości do nawigacji, a zdarza się, że ta się myli.

Same trasy zwiedzania, szczególnie przy dłuższych wyjazdach, przygotowujemy raczej starannie, choć zawsze żałuję, że nie przeczytałam więcej książek
o danym kraju, nie obejrzeliśmy więcej lokalnych filmów i nie znalazłam jeszcze większej ilości informacji. Ostatnio jednak staram się znaleźć równowagę, wziąć na spacer po danym mieście tylko jeden przewodnik zamiast trzech, odpuścić kilka zabytków i nauczyć się na wakacjach zwyczajnie odpoczywać, bo ponoć to zdrowo.

Najgorzej rzecz ma się jednak z pakowaniem. Z wyjazdu na wyjazd nasza postawa jest coraz bardziej godna potępienia. Przy pierwszych kamperowych wyprawach wyszliśmy z słusznego założenia, że posiadanie kampera zwalnia nas z konieczności przestrzegania limitu bagażu i spakowaliśmy się na każdą pogodę (nie przewidzieliśmy tylko tajfunu w Chorwacji), na każdą aktywność fizyczną i zabezpieczyliśmy się żywnościowo na wypadek wojny. Z każdym kolejnym wyjazdem bierzemy coraz mniej rzeczy, bo większość i tak przyjeżdża z powrotem nieruszona, a pakowanie zajmuje nam jakieś 15 minut w czwartek przy założeniu, że wyjeżdżamy po pracy w piątek. Wszystko zdaje się działać sprawnie i w sumie to jesteśmy dumni, że tacy jesteśmy wyluzowani i wprawieni w boju. Jednak zdarzają się frustrujące wpadki.

Wiadomo, że w dzisiejszych czasach wszędzie można kupić wszystko, pod warunkiem, że się nie jedzie w jakieś ekstremalnie dzikie miejsca jak Syberia, środek pustyni, dżungla, czy też do Niemiec w niedzielę. Dlatego zapomnienie tego, czy owego nie jest aż tak wielką tragedią, jednak zawsze jest upierdliwe. Bo trzeba wydać ekstra pieniądze, których nie planowało się wydać, na przykład na zapomnianą pościel. Bo trzeba przełożyć rowerowanie do czasu, aż kupimy dziecku trampki, których nie wzięło, a my zapomnieliśmy, że to jednak dziecko
i należałoby sprawdzić jego bagaż. Bo trzeba dać sobie radę z połamanymi
i obśrupanymi paznokciami i akurat jest okazja, kiedy idealnie sprawdziłaby się ta sukienka, której nie wzięłam i nie można przyznać się na głos, jak to męczy. Bo mamy przed sobą zbiornik wodny, który aż się prosi, żeby po nim popływać pontonem, który został w domu. Bo kamperując z dziećmi jemy posiłki na stojąco, notorycznie zapominając, żeby wziąć dwa dodatkowe krzesła. Bo dwa parasole, podróżujące z nami od zawsze, zostały w przeddzień wyjazdu wyjęte
z kampera i nie zapakowanie z powrotem, a akurat pada jak głupie. Bo… bo… bo…

W tym roku postanowiłam, że powrócimy do korzeni i do Wielkich Greckich Wakacji przygotuję nas należycie. Dlatego już teraz zaczęłam spisywać na różnorakich karteczkach, co trzeba spakować. System karteczkowy chyba jednak się nie sprawdzi, bo gubię je sukcesywnie. Dlatego, idąc za radami pana z reklamy papieru toaletowego, jestem nowoczesna i wykorzystuję aplikacje, które oferuje internet. Przetestowałam jedną aplikację mobilną, ale kiedy kolejny raz nie udało mi się zapisać mozolnie stworzonej listy, wykasowałam nieintuicyjne narzędzie z telefonu i jęłam szukać dalej. Trafiłam na Wakacyjny Niezbędnik stworzony przez firmę Tirendo. Początkowo nastawiona byłam sceptycznie, jednak narzędzie stworzone jako chwyt marketingowy oponiarskiej firmy jest w istocie bardzo pomocne i proste w obsłudze. Kilka przycisków, ładny i nienachalny design oraz użyteczność to mocne strony Niezbędnika. A że mam pewien sentyment do wyścigów Formuły 1 oglądanych w półśnie o 8:00 rano w cytrynowym Poznaniu,  fakt, że ambasadorem marki Tirendo jest Sebastian Vettel, nie pozostał bez znaczenia.

[button link=”http://www.tirendo.pl/niezbednik/” type=”icon” icon=”search” newwindow=”yes”] Wakacyjny Niezbędnik Tirendo[/button]

Niezbędnik podzielony jest na kategorie, te z kolei dzielą się na podkategorie zawierające bardzo dużo zróżnicowanych i faktycznie istotnych na kempingowych wakacjach przedmiotów. Jest też miejsce na dodanie własnych pozycji.

ScreenShot031

Skomponowany w ten sposób spis można wydrukować i z taką oto schludną
i przejrzystą checklistą możemy zaczynać pakowanie.

IMAG2090

 A żeby nie zapomnieć, już teraz dodam do mojej listy długie, powłóczyste spódnice, zagubione gdzieś w czeluściach garderoby, co by w Grecji być gotową na każdą okoliczność przyrody, w tym na randki na plaży o zmierzchu z moim Marcisiem. Który będzie zachwycony swoją nową, super zorganizowaną, acz wciąż nonszalancką w swoich spódnicach, dziewczyną:)

5 thoughts on “O trudnej sztuce pakowania

    1. Lui, no jasne!! PS. bardzo, ale to bardzo lubię, rzadkie niestety, a jakże ważne i odważne deklaracje o treści: jestem szczęśliwa i wariacje na temat, np. uwielbiam moje życie. PIĘKNE:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Rybobranie z Makłowiczem, czyli nowa impreza w Lubuskiem
Tatry poradzą sobie bez Zakopanego, czyli kilka refleksji pourodzinowych