Rzeczpospolita, Słowacja

23 lipca 2014

Tatry poradzą sobie bez Zakopanego, czyli kilka refleksji pourodzinowych

Tagi: , , , , , , , , ,

Z 28 urodzin przywiozłam m.in. pierścionek z niebieskim kryształem, płetwy i hamak. Prezenty tak oryginalne, jak oryginalne były miejsca, które zobaczyliśmy i przygody, które przeżyliśmy. Żadne tam thrillery ani wyczyny wysokościowie czy wytrzymałościowe, ale takie zdarzenia, widoki, ludzie i wnioski, które wzbogaciły nasze podróżnicze doświadczenia.

Zawdzięczamy to głównie Zbyszkowi (na Camperteamie jako Mazby), który spotkał się z nami na kawie w Macdonaldzie i nie tylko na mapie pokazał najpiękniejsze Jego zdaniem miejsca na dziki nocleg w okolicy. Dziś nie tak łatwo o ludzi, którzy są gotowi poświęcić swój czas nieznajomym, oferować im miejsce na swoim podwórku, czy też podwórku sąsiada, bo tam wygodniej, dyskutując w międzyczasie o motorach i specyfice społeczeństwa norweskiego. Zbyszek okazał się być znakomitym gawędziarzem, potrafiącym barwnie i dowcipnie opowiadać o swoich przygodach, miejscach, które odwiedził, zajęciach, którymi się para. Taki człowiek, którego się lubi od pierwszych dwóch zdań i który zaciekawia z każdym kolejnym.

Popieramy pomysł Zbyszka, żeby każdy region w Polsce miał swojego przewodnika, oferującego dobrą radę podróżującym
w dane miejsce współforumowiczom. Mianujemy się jednocześnie przewodnikami po Lubuskiem i po Brandenburgii. Służymy pomocą.

Nie jesteśmy wprawionymi w górskich podbojach wędrowcami, dlatego nie nastawialiśmy na zdobywanie szczytów. Chciałam zobaczyć Morskie Oko i osławione Krupówki.

Nie wiem, o co chodzi z tymi Krupówkami. Deptak, ot i tyle. Przeszliśmy się w tą i z powrotem wśród zgiełku, hałasu i irytujących dźwięków automatów do gier, zastanawiając się, kto zgodził się na ulokowanie sklepów z odzieżą i firanami w przepięknej, zakopiańskiej kamienicy tuż przy wejściu na deptak. Dziwiłam się, dlaczego nigdzie nie widać było pamiątek związanych 
z Witkacym, tak znamiennym dla Zakopanego twórcą. Chciałam kupić choćby widokówkę z repliką jednego z jego dzieł, jednak nie znalazłam.
W międzyczasie przeczytałam w przewodniku, że Zakopane wciąż nie ma długofalowego planu zagospodarowania przestrzennego, dlatego wszystko wygląda, jak wygląda – chaos i brak pomysłu. No i ta Zakopianka nieszczęsna. Nie wyobrażam sobie, co tu się dzieje, kiedy są skoki.

Nie zachwycił nas również doskonale ulokowany kemping Pod Krokwią. Olewatorstwo i bylejakość. Chyba do końca życia nie przestanę się dziwić, dlaczego w  niektórych krajach się da, a u nas nie.

Kemping pod Krokwią

Właściciel wyszedł z założenia, że kawał terenu pod skoczniami w Zakopanem i licząca 40 lat infrastruktura wystarczy, żeby… no właśnie, żeby co? Żeby jakoś to było, bo tłumów, jak na początek lipca, nie było. A z taką lokalizacją kemping powinien być przepełniony.

Lokalizacja to niewątpliwy atut tego kempingu – 15 minut wolnym spacerkiem od Krupówek (choć po przejściu się stwierdzam, że im dalej, tym lepiej), 4 minuty do skoczni. Wystarczająco na uboczu, wystarczająco w centrum.

Nie ma wydzielonych parceli. Większość gości (choć pod palce ciśnie mi się „osadzonych”:)) to namiotowcy, górscy wędrowcy. Cała infrastruktura do obsłużenia kampera jest – woda, zrzut nieczystości, toaleta chemiczna, prąd. Internet wi-fi też jest. Pralka i kuchnia również. Wszystko to jednak pordzewiałe i… brudne. Na naszych oczach od budynku z sanitariatami odpadła rynna. Obdukcja wykazała, że ze starości.

Prysznice na campingu „Pod Krokwią” należały do szczęśliwie wymierającego już gatunku pryszniców, w których nie chce się dotykać niczego, poza lecącą wodą. W których człowiek ma opory przed powieszeniem swoich brudnych ciuchów na wieszaczku w styczności ze ścianą i stwierdza, że włosy to ma całkiem jeszcze czyste. W których zamyka się oczy, żeby nie widzieć, co
w rogach i fugach.

Przyjeżdżają tu turyści z całej Europy. I ani piękne Tatry, które przecież nie są Alpami, ani zmienna pogoda, ani przereklamowane Krupówki nie wynagrodzą im syfu i bylejakości na kempingu. Zdaję sobie sprawę, że turysta górski jest turystą specyficznym i poradzi sobie w różnych warunkach, ale to słabe  ściągać z ludzi kasę i nie dawać nic w zamian. Nie zgadzam się. Takie kempingi psują obraz polskich kempingów w ogóle.

Morskie Oko

Kilka dni temu Amerykanie w rankingu „The Wall Street Journal”, dotyczącym nietradycyjnych atrakcyjnych miejsc turystycznych, nazwali Morskie Oko Ukrytym Skarbem i wymienili je na pierwszym miejscu wśród najpiękniejszych jezior świata. Tak brzmiała informacja w TVN24, tak to opisano na różnorakich polskojęzycznych portalach. Oooo, pomyślałam, mamy w Polsce najładniejsze jezioro na całym świecie. Zaciekawiona uderzyłam do źródła i znalazłam szumnie nazwany ranking. Zawiera 6 wybranych przez autorkę krótkiej notki jezior. Taki ranking już teraz mogę zrobić nie będąc dziennikarką poczytnej gazety. Żadnej zresztą. Oto przykład, jak można zrobić newsa z niczego.

Morskie Oko jest na tyle ładne, że obroni się i bez amerykańskich docenień. Jasne, że nieco przeszkadzają masy, wśród których wędruje się do celu. Choć znam takich, którzy tylko czekają, aż znajdzie się ktoś szybszy od nich i robią sobie małe zawody:
i gonimy tak, Karol i zdyszana żona Karola kilka kroków za nim, i Marian i dziewczyna Mariana, trochę tylko chudsza, jednakowo zdyszana.
Cały ten gęsty tłum wraz z szybkobieżnym Karolem i żoną, wszyscy równo spoceni, koczują potem przy schronisku, jedząc schabowe wyciągnięte z siatki i jajka. Większość ściąga skarpetki i moczy nogi wespół. Taki mały Ganges się robi. Jednak wystarczy przejść kilka kroków dalej, żeby móc przysiąść w cichszej zatoczce i w spokoju pomoczyć nogi w zupełnie czystej zielonej wodzie, tuż u stóp majestatycznych Rysów. Albo zdobyć się na jeszcze jeden wysiłek i wspiąć się wyżej, nad Czarny Staw pod Rysami i popatrzeć na Morskie Oko z góry. Wtedy robi największe wrażenie. No i jest się turystą masowym nieco wyższego rzędu – mięczaki zostają przy schronisku. A twardziele przez dwa kolejne dni leczą zakwasy po gonitwie za Karolem.

Jednak to nie Zakopane i nie Morskie Oko nawet zrobiły na nas największe, negatywne, czy pozytywne wrażenie. Tu znów powrócimy do Zbyszka, który zawiózł nas do Zębu, skąd rozpościerał się przepiękny widok na Tatry i wyciszone na tej wysokości Zakopane.

Nocowaliśmy obok drewnianego kościoła, u chłopa na polu. Nie byle jakim polu, bo panował tu niebywały jak na pole w środku malowniczej wsi ruch.

Jadąc do Zakopanego nie przyszło nam do głowy, że pięknego widoku na góry nie znajdziemy jadąc pod ich stopy. Żeby móc nasycić się widokiem Tatr na horyzoncie, trzeba zostać kilka kilometrów przed Zakopanem, odbijając czy to w prawo, czy w lewo od zakopianki. Tą banalną oczywistość uzmysłowił nam Zbyszek vel Mazby z Camperteamu, który poświęcił nam kilka godzin ze swojego wypełnionego rozmaitymi hobby życia i pokazał swoje ulubione miejsca w okolicach Zakopanego. Jednym z tych miejsc jest właśnie wioska o wdzięcznej nazwie Ząb.

W Zębie jest prześlicznie. Górska idylla, ot, co mogę powiedzieć. Piękny widok na dolinę, Zakopane i Tatry wreszcie. Jest to oczywiście miejscowość wypoczynkowa, więc znaleźć tu można wiele pensjonatów, w cenach 3 razy niższych niż w samym Zakopanem – nawet 30 zł za osobę za nocleg w górskim domu.

Ząb jest dla wszystkich, którzy w góry nie jadą po lans na Krupówkach, tylko dla gór samych. Znajdzie się też miejsce dla pojedynczych kamperów, zostających na noc, może dwie.

Z pozoru wioska wygląda tak, jakby stanąć można było wszędzie, jednak mieszkają tu rolnicy i każde nieogrodzone, trawiaste pole jest czyjeś. Dlatego prędzej czy później zjawi się baba czy też chłop, bardziej lub mniej przychylnie patrząca na goszczenie kogoś na swoim terenie, nawet za opłatą. Dlatego po pierwszym przegonieniu znaleźliśmy kolejne miejsce,  jeszcze lepsze, tuż przy drewnianym zębowskim kościółku, uzgadniając zawczasu z koszącym swój teren góralem, że możemy zostać na noc.  Odwdzięczyliśmy się dwoma piwami, choć panowie reporterzy z TVN24 mówili, że dla górala piwo to rozcieńczona gorzała i będzie urażony. Nie był.

Okazało się, że zamiast do oazy górskiej ciszy trafiliśmy na plan filmowy i zdjęciowy. Najpierw oglądaliśmy, jak panowie z TVN24 tuż przed naszym kamperem nagrywają na żywo relację na temat nieodpowiednich strojów turystów w górach – pełni uznania wznieśliśmy aplauz, a pan reporter się ukłonił. Potem uczestniczyliśmy w góralskiej ślubnej sesji zdjęciowej, popijając cytrynówkę z góralkami i turystami z Gdańska. Wreszcie wszyscy sobie poszli i mogliśmy uczcić porządnie te moje urodziny:)

Obecność ekipy z telewizji i sesje zdjęciowe tylko potwierdzają to, co widzieliśmy na własne oczy – z Zębu rozpościera się jeden
z najpiękniejszych widoków na Tatry, które można  tu kontemplować naprawdę w samotności bez konieczności odbywania wielogodzinnych i ciężkich wędrówek na szczyty. Bo przecież nie każdy musi i nie każdy chce, na szczęście dla gór.

Drugie miejsce wskazane nam przez Zbyszka to parking pod ośrodkiem narciarskim Zdiar Strednica w Słowacji. Co prawda nie sprzyja robieniu grilla i biwakowaniu, ale to idealne miejsce, żeby zjeść w knajpie pyszne knedliki, smażony ser i zupę czosnkową oraz napić się wina, mając przed oczami taki widok.

Widoki na Tatry z tych miejsc (plus widok na Morskie Oko z wysokości Czarnego Stawu) sprawiły, że poczułam góry będąc nizinnym raczej turystą. Lecz nie na tyle nizinnym, żeby móc z całą pewnością stwierdzić, że o ile Tatry zostają tematem jak najbardziej otwartym, o tyle Zakopane jest dla nas zakopane.

4 thoughts on “Tatry poradzą sobie bez Zakopanego, czyli kilka refleksji pourodzinowych

  1. Dlaczego to brzydactwo musi stać i wisieć w Zakopanem? Ale Tatry bez ludzkiej „działalności” są przepiękne! Fajnie napisane.

  2. Świetna relacja i świetne zdjęcia! Dzięki za pokazanie Zdiaru – to miejsce z mojego dzieciństwa 🙂 Piękne widoki…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

O trudnej sztuce pakowania
Jeszcze inny Bałtyk. Rugia. Część I – Stralsund.