USA

13 sierpnia 2019

Pastelowa Sarasota. Tak trzeba żyć!

Tagi: , , , , , , , , ,

“To inny świat” – mówili.
“Musicie pojechać koniecznie” – mówili.
“Tam się inaczej żyje”.
Czy mieli rację?

Floryda kojarzyła mi się z emerytami w plastikowych daszkach przeciwsłonecznych i mega zgrabnymi ludźmi na plażach Miami Beach. I jeszcze z policjantami. Generalnie,
w skojarzeniach Miami wychodziło na pierwszą pozycję, a okazuje się, że na Florydzie są inne miejsca, o wiele lepsze niż przereklamowane i zatłoczone Miami. Na przykład Sarasota.

 Zajebistość zaczęła się już na lotnisku w Orlando, gdy zobaczyliśmy ludzi w koszulach w tropiki, wyszliśmy na gorące, wilgotne powietrze, usłyszeliśmy szelest liści palm,
a w wypożyczalni podstawiono nam nowiutkiego, białego jak piasek plaży Siesta Beach Chevroleta Camaro cabrio. Tak właśnie zaczynają się najlepsze wakacje w życiu. 

Takich Camaro mają tam na pęczki i po dziurki w nosie, ale my, z trudem upchnąwszy torby na tylnym siedzeniu, bo bagażnik za mały, otworzyliśmy dach i pozwoliliśmy się smagać po czołach słońcu i wiatrowi, co było tyleż wspaniałe, co głupie. Praży tam bez litości.

Do Sarasoty zaprosiła nas sąsiadka Marcina z lat szkolnych, która wyemigrowała do Stanów w latach osiemdziesiątych. Jej historia to temat na osobny wpis, ba, na całą książkę albo lepiej – audiobook, bo Ani opowieści o samej sobie są jak stand-up.

Nie za bardzo lubimy siedzieć ludziom na głowie, ale Ania, jak na Amerykę przystało, dysponowała gościnną sypialnią z osobną łazienką i nie było nawet mowy, żebyśmy jej nie odwiedzili. Bardzo miło wspominam dni spędzone z Anią i jej maleńką córeczką Nelą. Korzystając z okazji jeszcze raz ogromnie Ci, Aniu, dziękujemy za gościnę i czekamy na Ciebie w grudniu!

Żałuję, że nie zostaliśmy dłużej, a zamiast tego pojechaliśmy do Fort Lauderdale i Miami, które okazały się być totalnie nie w naszym guście, choć Camaro czuło się jak w domu.

Sarasota

Sarasota leży na zachodzie Florydy, od strony Zatoki Meksykańskiej. Morze obchodzi się z nią łaskawiej niż ze wschodnią Florydą, huragany zdarzają się rzadziej. Ta część półwyspu jest zdecydowanie spokojniejsza niż wschód z imprezowym Miami i przyległościami. Osiedla są ciche,
a średnia wieku wyższa. Ania mieszka na przedmieściach, na jednym z typowych osiedli domków jednorodzinnych. Domy są prawie identyczne, rozlokowane wokół stawów, sztucznych jeziorek lub pól golfowych. Każdy ma basen
i kawałek ogródka. Wszystkie osiedla budowane są na podobnym założeniu – musi być zbiornik wodny i pole golfowe blisko. Wyglądają jak w amerykańskim filmie.

W stawie przy domu Ani w porze deszczowej lubią osiedlać się aligatory, tak jak u nas jeże albo bobry.

Zwierzęta na Florydzie to w ogóle ciekawa sprawa. Ania opowiadała, że sępy wcinające pancernika na środku drogi to normalny widok i że nie ma lepszych czyścicieli ulic niż one. Niezbyt ładne, za to pożyteczne. Nam udało się zobaczyć aligatora i niezliczoną ilość polujących pelikanów. Miałam wrażenie, że jakoś bliżej człowieka są wszystkie te egzotyczne stwory, nawet w bardzo zurbanizowanych miejscach. Może to dzięki bliskości bagien, które dominują na półwyspie, zajmując całą jego centralną część.

Pierwsze florydzkie osiedla, które zaczęły powstawać nie tak dawno, bo w latach 70-tych, wyglądały jednak inaczej. Były to po prostu przyczepy albo domki holenderskie poustawiane jak na kempingu, pomalowane w pastelowe kolory. Do dziś zresztą istnieją, są bardzo schludne i jakby zatrzymane w czasie. Nawet auta zaparkowane na podjazdach pochodzą
z dalekiej przeszłości. To ładne miejsca, jednak sąsiadują z willami za miliony, przy których chcąc nie chcąc wyglądają jak krewny z Górek Małych czy innej Cybinki.

DREAM BIG

Właśnie na Florydzie uświadomiłam sobie, co to znaczy “dream big” – jakie to uskrzydlające hasło i jakie dołujące zarazem. Z jednej strony ma się wrażenie, że mogę robić wszystko, co tylko sobie wymyślę. Z drugiej strony, wystarczy pójść kawałek dalej i zobaczyć, że moje „wszystko” to dla sąsiada tyle, co nic. Łatwo tutaj wpaść w pułapkę ciągłej pogoni, żeby mieć większy dom, lepszy samochód, mieszkać w lepszej dzielnicy, bliżej plaży, nosić ciuchy z lepszymi metkami, jadać w lepszych restauracjach. W końcu jesteś w Ameryce. Dream big! Spróbuj tylko nie.

20 minut jazdy to rzut beretem

-Sklep jest tuż za rogiem.
– To się przejdziemy.
– Nie nie, my dear. Tuż za rogiem oznacza jakieś 1,5 mili, na dworze jest 35 stopni. Na pewno chcesz się przejść?

Tu wszędzie jedzie się autem, nie ma wyjścia. Już widzę minę Amerykania, któremu mówisz: “przesiądź się na rower, na autobus, to ekologiczniejsze”. Tutaj takie idee nie przejdą, odległości są zbyt duże, benzyna zbyt tania, auta zbyt fajne. Samochód to konieczność.

Walmart i Publix

Sklepem za rogiem był oczywiście Walmart, uchodzący za symbol bezlitosnego kapitalizmu.  Kupisz tu wszystko za przyzwoite pieniądze. Inną siecią jest Publix, tu jednak ceny są wyższe, podobnie jak jakość produktów.

I w jednym, i drugim jest ogromny wybór gotowych dań. Zauważyliśmy też, co potwierdziła Ania, że tu się nie gotuje za często, zwłaszcza, jeśli nie ma się rodziny, bo to się po prostu nie opłaca. I finansowo, i czasowo. Dużo łatwiej
i taniej jest kupić gotowego kurczaka i sałatkę coleslaw. Pięć minut w sklepie i obiad gotowy. Co nie oznacza, że nie ma produktów do samodzielnego przyrządzenia. Oczywiście, są. Masz wybór i to jest fajne.

Słoneczni ludzie

Wiem wiem, kilka dni to zdecydowanie za mało, żeby tu wyjeżdżać z sądami na temat tubylców, ale co nieco można zauważyć. Na przykład to, że nie ma tu bezdomnych, w ogóle. I to, że życie toczy się tu jakby wolniej. O porankach na plaży emerytki uprawiają aerobic, nordic walking i jogę. Ludzie pozdrawiają się, patrzą jeden na drugiego
i uśmiechają. Zagadują obcych o pogodę albo złowione właśnie ryby. Sztuczne? Nieszczere? Wolę sztuczny uśmiech niż szczery ból życia.

Ja wiem, skąd to się bierze. To słońce tak działa. Słońce, plaża i morze.

Gorąco? Taki mamy klimat.

Kwiecień to końcówka sezonu. Lada dzień zrobi się nieznośnie gorąco i zaczną padać częste deszcze. Jednak mieszkając tutaj możesz tego skwaru nawet nie zauważyć. Mieszkasz w klimatyzowanym domu. Wchodzisz z garażu do klimatyzowanego auta, którym przemieszczasz się do klimatyzowanych obiektów typu praca, sklep, restauracja.
O ile nie pochodzisz z Europy i nie masz w genach zamiłowania do “przechodzenia się”, możesz nawet nie poczuć, jak tu jest gorąco, za to będziesz nosić ze sobą sweterek, żeby nie zmarznąć w przechłodzonych pomieszczeniach.

Kiedy Ania zabrała nas na zwiedzanie jej ulubionych dzielnic, wyobrażałam sobie, że parkujemy auto na parkingu i idziemy na spacer. O nie nie. Zwiedzanie odbywało się
w komfortowym chłodku jej auta, którym leniwie przemieszczaliśmy się po downtown. Bardzo wakacyjnym, bardzo przyjemnym, bardzo amerykańskim.

Siesta Key

Najważniejsza atrakcja Sarasoty to plaża Siesta Key, tytułowana najpiękniejszą w USA. Zakochałam się w niej na zabój.

Pojechaliśmy tam niemal od razu po przyjeździe. Był wczesny wieczór, a biały piasek o konsystencji mąki wydawał się niebieski, jak w dyskotece. Przed nami roztaczała się ogromna piaszczysta przestrzeń, a dalej jeszcze większy błękitny ocean. Są takie miejsca, które sprawiają, że chce ci się płakać, takie są piękne i tak bardzo trafiają w twoje marzenia. Siesta Key trafiła w dychę.

Great Mothers Day Race

Jeszcze w Nowym Jorku zapisaliśmy się na bieg w Sarasocie – 5 km z okazji dnia matki. Wtedy nie wiedzieliśmy, że odbywa się on właśnie na tej plaży. 2,5 km w jedną stronę, 2,5 w drugą, potem rzut do wody. Ósma rana, upał 30 stopni, pełne słońce. Było pięknie. Jedno z takich przeżyć, które zostaną we wspomnieniach na zawsze.

I HOP

Kolejny symbol, dla antyglobalistów antysymbol. Sieć restauracji I HOP. Taki McDonald’s, tylko z pancake’ami!
I naleśnikami. I kawą. Koniecznie chciałam zjeść typowe amerykańskie pankejki z syropem klonowym i american coffee. Ania skierowała nas właśnie tam, ostrzegając, że nieszczególnie oryginalne to miejsce, za to amerykańskie pankejki jak z podręcznika można jeść całą dobę. Pewnie można znaleźć bardziej klimatyczne i niepowtarzalne bary serwujące te przysmaki, ale dla mnie I HOP jest taki, jaki powinien być – amerykański.

Można ubolewać, że wszystko jest teraz “sieciówką”, zbuntować się i nie korzystać, co staram się robić zwłaszcza za granicą, ale byliśmy w Ameryce, ojczyźnie McDonalda. Jedliśmy w śmieciowych sieciówkach i mamy dżinsy z American Eagle. Jesteśmy prawie Amerykańczykami.

LUCKY PELICAN

To jedna z najlepszych restauracji z owocami morza, co potwierdziły tłumy i kolejka w oczekiwaniu na stolik. Usiedliśmy sobie przy barze i tak nam było tam dobrze, że zostaliśmy na całą kolację, składającą się z ostryg, makaronu z krewetkami i homara. Całości dopełniały wyśmienite wprost drinki. Lepszej pożegnalnej kolacji nie mogliśmy sobie wymarzyć.

A Nela tymczasem całą kolację przespała grzeczniutko w wózku, będąc nieświadomie wabikiem dla wszystkich mam
i babć.

Anna Maria i inne keys

Ania obwiozła nas po swoich ulubionych zakątkach Sarasoty i nakazała jechać na wyspy barierowe, które okazały się naszym miejscem na ziemi. Pasowaliśmy tam wszystkim – stylem “na surfera”, poczochranymi włosami, czapeczkami, a przede wszystkim organiczną morzo-plażo-fobią.

Wysp barierowych, nazywanych “keys”, jest kilka lub kilkanaście, a najważniejsze z nich to  Longboat Key, Lido Key, Siesta Key, Casey Key i Anna Maria. Są połączone mostami
i oddzielają ląd od Zatoki Meksykańskiej. Każda ma nieco inny charakter. My swoje serca zostawiliśmy na Annie Marii, ale spędziliśmy tam tylko jeden dzień, więc nasza znajomość tych terenów jest mocno powierzchowna. Jedno, co mogę powiedzieć na pewno – KONIECZNIE zróbcie sobie wycieczkę po barrier islands będąc w okolicy. To jest raj.

Wyobraźcie sobie: wszędzie wokół wakacyjne, pastelowe surferskie domki, ale bez takiego surferskiego zadęcia z Helu. Wysiadasz z Camaro, do bialutkiej plaży i oceanu masz kilka kroków, zimne piwko w plecaku i nic nie musisz. Nic. Jest pięknie, jest ciepło, idziesz plażować. Jesteś w raju. Trochę żałujesz, że nie jesteś tym surferem, bo pasowałbyś tu jeszcze bardziej, ale potem czytasz, że tu nie ma fal, to nie jest miejsce dla surferów i znowu jesteś tylko szczęśliwym plażowiczem z piwkiem, który trochę boi się rekinów.

Tak trzeba żyć!

Sprawdziliśmy ceny pastelowych domków na wyspach – trzeba mieć co najmniej 600 tysięcy dolarów. Jednak za te pieniądze kupujesz nie tylko dom. Kupujesz styl życia. Moim zdaniem się opłaca.

Teraz wystarczy życzyć sobie: „bądźmy majętni”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Waszyngton
Weź mnie do wód! Lądek Zdrój.