Dojczland

2 sierpnia 2014

Jeszcze inny Bałtyk. Rugia. Część I – Stralsund.

Tagi: , , , , ,

Jakiś czas do mojej świadomości doszedł oczywisty z pozoru geograficzny fakt, że Polska nie ma monopolu na Bałtyk.  Dzielimy się nim z kilkoma innymi państwami.  I w każdym z nich jest inny.

W maju poznaliśmy Bałtyk duński, który okazał się być bardziej dziki niż nasz, a jednocześnie uporządkowany, mniej zurbanizowany, nieumasowiony, niestłamszony przez ludzi, stylowy. Bardzo przypadł nam do gustu.

Rok wcześniej pojechaliśmy na niemiecki Uznam sprawdzić, czy ten tak bardzo nasz, swojski Bałtyk może się podobać również po stronie nieprzyjaciela (w tle rocznica Powstania Warszawskiego, żywe emocje). Może. Tam wygląda tak samo jak w Polsce, choć samo nabrzeże to mieszanka duńskiego wyrafinowania i polskiej masowości, w proporcjach 80:20.

W tym roku kontynuowaliśmy najazd na Niemcy i zdesantowaliśmy na Rugii. Tam też jest pięknie, choć znów, inaczej. Chciałam napisać zupełnie nie jak nad Bałtykiem, ale to nieprawda. Na Rugii jest zupełnie jak nad Bałtykiem, wielowymiarowym i nieoczywistym, odsłaniającym tu swoje kolejne oblicze.

Nad cieśniną Strelasund, oddzielającą Rugię od kontynentu, leży przepiękne miasto Stralsund. Muszą przez nie przejechać wszyscy chcący lądem dostać się na tę największą niemiecką wyspę. Z tego powodu Stralsund nazywany jest bramą Rugii. Koniecznie trzeba się po nim przejść i zjeść bułkę ze śledziem kupioną w jednej z knajpo-łajb zacumowanych w kanałach. Nie zaszkodzi popić piwem Stoertebeker ważonym w Stralsundzie, nazwanym imieniem pirata Klausa Stoertebekera, morskiego odpowiednika Robin Hooda, który grasował na wodach Bałtyku w XIV wieku. Legenda głosi, że jednym haustem wypijał 4 litry piwa.

[button link=”http://usedom-wollin.eu/stoertebeker.htm” type=”icon” icon=”people” newwindow=”yes”] Kim był Stoertebeker?[/button]

Stralsund jest niedużym miastem, liczy niecałe 60 tysięcy mieszkańców i jest w nim aż 500 sztuk zabytków, dzięki którym znajduje się na liście zabytków UNESCO. Jest też doskonale zaplanowany przestrzennie, spacer od Starego do Nowego Rynku jest czystą przyjemnością. Bardzo podoba mi się powszechnie tu umiejętne łączenie starego z nowym – nowoczesny, minimalistyczny blok tuż obok stylowej kamienicy w ogóle nie razi, pięknie komponując się z otoczeniem.

[box]

O ratuszu w Stralsundzie:

„(…) Szczególnie godny uwagi jest Stary Rynek, którego południową część zajmuje gotycki ratusz o charakterystycznej, bardzo dekoracyjnej elewacji zdobionej wnękami, lizenami, czołgankami i strzelistymi pinaklami (…)”.

Mnie przekonali.[/box]

Jednak nie (tylko) dla urodziwej starówki, klimatycznego portu, wodnych knajpek z rybami, ani nawet piwa Stoertebeker przyjeżdża tu większość turystów. Gospodarze miasta uznali, że to za mało, żeby przyciągnąć ludzi i teraz główną atrakcją Stralsundu dla młodych i starych jest Oceanarium. W nim kilka nudnych wystaw, które spokojnie można pominąć i sporo akwariów ze stworem wodnym wszelakim –  ładnym, brzydkim, śmiesznym, dziwnym, apetycznym, obrzydliwym, maleńkim i ogrromnym. Najfajniejsze naszym zdaniem są meduzy-baletnice i wielkie, majestatyczne płaszczki wyglądające jak samoloty. Najstraszniejsze (nie mogłam na nie patrzeć, przechodziły mnie dreszcze obrzydzenia) są ryby głębinowe z białymi oczami. Koszmar.
Większość sal jest w kolorach morza, więc sama przechadzka wśród akwariów jest nader przyjemna i uspokajająca. W jednej z sal zrobiono ekspozycję największych ryb żyjących w oceanach, poustawiano leżaki, przygaszono światła, a lektor po niemiecku, miarowym głosem coś opowiada. 5 minut drzemki gwarantowane. Gorzej dla tych, którzy znają niemiecki – sądząc po efektach świetlnych (tu harpun, tam krew), opowieść jest o kłusownikach polujących na te gigantyczne okazy.

A na deser wychodzi się na dach, gdzie znajduje się stylizowany na morskie głebiny plac zabaw i najukochańsze, najbardziej ruchliwe i najbardziej towarzyskie stworzenia, jakie dotąd poznałam – pingwiny. Pingwiny wymiatają.

W Stralsundzie można przenocować na jednym z dwóch stellplatzów o tej samej nazwie Caravanstellplatz „An der Rügenbrücke”.  Choć co wytrwalsi i bardziej oszczędni znajdą miejsce gdzieś w mieście – widzieliśmy kampery stojące wzdłuż nadbrzeżnej drogi.

Urzekło mnie to miasto. Jest jednym z tych, w których chciałabym zostać dłużej i wniknąć w jego spowolniony rytm. Wypić kawę przy nadmorskiej ulicy Hansakai Hafenstrasse i pobiegać wzdłuż cieśniny Strelasund. (Nie) zupełnie  jak nad Bałtykiem.

 

W następnej części: Park Narodowy Jasmund i klify Koenigsstuhl.

4 thoughts on “Jeszcze inny Bałtyk. Rugia. Część I – Stralsund.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Tatry poradzą sobie bez Zakopanego, czyli kilka refleksji pourodzinowych
Jeszcze inny Bałtyk cz.2 – Klify Konigstuhl w przedpokoju, Nationalpark Jasmund, Rugia.