Grecja

26 września 2014

Peloponez, pierwsza odsłona. Elida i Półwysep Mesyński

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Po każdych, krótszych czy dłuższych wakacjach, przychodzi moment, kiedy wyczerpiesz już wszystkie zasoby zmagazynowanej witaminy D i nawet nie pamiętasz, że w ogóle wyjeżdżałaś. Że było gorąco, codziennie kąpałaś się w morzu, czas nie istniał,
a tempo wykonywanych ruchów czyniło cię uderzająco podobną do żółwia lądowego. U mnie stało się to przedwczoraj, o 6:42 rano, kiedy zadzwonił budzik, za oknem był półmrok, ja za nic nie mogłam otworzyć oczu, a rozczochrany, jeszcze opalony greckim słońcem Marcin, błędnym wzrokiem obrzuciwszy świat za oknem, desperackim tonem wyrzucił pełne żalu: przecież tak nie może być, Judyt! Ja tak nie mogę żyć!

Ten poranek był znakiem, że jeszcze tego samego dnia, dla zdrowia psychicznego, trzeba wrócić na Peloponez. A że wszystkie relacje z wyjazdów są jak psychotrop na depresję powakacyjną,  przestaję wyć, że szaro, buro i smutni ludzie, i połykam pierwszą pigułkę, popijając ją winem. Yamas! Do klawiatury przystąp.

Jak wspomniałam w poprzednim wpisie, Grecję chcieliśmy zwiedzać na spokojnie. Zależało nam, żeby raczej odkrywać małe perełki, które mało kto widział, niż deptać po wystarczająco zdeptanych ruinach. Myślę, że się udało, choć już wiem, które rejony należało zgłębić. Bo żadnego punktu z naszej trasy bym nie wykreśliła.

Szczęśliwie, mieliśmy wystarczające środki, żeby nie szukać noclegów na dziko za wszelką cenę. Trzeba przyznać, że kempingi
w Grecji nie są tanie – ceny wahają się od 18-28 EUR za dobę za dwie osoby. Kiedy w planach mieliśmy kilkudniową, w naszym przypadku maksymalnie 3-dniową sjestę, zawsze szukaliśmy wygodnego kempingu. Kiedy nocowaliśmy gdzieś przejazdem, było to zawsze na dziko i zawsze nad samym morzem. Teraz to brzmi absurdalnie, ale były noce, kiedy szum morza przeszkadzał do tego stopnia, że zamykaliśmy okna. Teraz ile by człowiek dał, żeby mu tak szumiało do snu…

Nigdy za to nie spaliśmy gdzieś, gdzie kamperowanie było zakazane. Może dlatego policja, którą wszyscy tak bardzo straszyli na camperteamie, w ogóle się nami nie interesowała. Szczerze mówiąc, radiowozy widzieliśmy może 4 razy, z czego 2 razy pod komisariatem.

O ile Turcja była po brzegi wypełniona zwiedzaniem, o tyle w Grecji osiągnęliśmy równowagę. Teraz moim pierwszym skojarzeniem na hasło „Grecja” jest „morze i jedzenie”, a na pojęcie „Grecy” – wygodna bezproblemowość.

To były bardzo morskie,  pyszne, upalne wakacje.

[learn_more caption=”SPIS TREŚCI” state=”open”]

1. Emerycka Itea – pierwsze spotkanie z Grecją (na mapie: A)

2. Śniadanie pod mostem Rio-Antirio (na mapie: B)

3. Nauka relaksu w Kastro Killinis (na mapie: C)

4. Ucieczka przed tłumem w starożytnej Olimpii (na mapie: D)

5. Cisza po grecku w górskiej wiosce Andritsaina i świątyni Bassai (na mapie: E)

6. Zatoka Gialova i miasteczko Pylos, czyli kupmy sobie piździka (na mapie: G)

7. Co się działo na kempingu Loutsa i dlaczego musiałam to przejeść w Koroni (na mapie: H,I)

I cypel

[/learn_more]

1. EMERYCKA ITEA – PIERWSZE SPOTKANIE Z GRECJĄ
Po przejechaniu ciągu państw stojących na drodze do lepszego, słonecznego świata, pokonując 500 km w samej Grecji, z czego jakieś 100 przez góry przez duże g, o godz. 19:00 w niedzielę z ulgą zaparkowaliśmy na ścieżce rowerowej biegnącej nadbrzeżem cichego miasteczka emerytów – Itea. Zakazu postoju nie było żadnego, na wszelki wypadek jednak skryliśmy się pomiędzy osobówkami również parkującymi na tej ścieżce. Z przekonaniem, że wkomponowaliśmy się w krajobraz, wzięliśmy wino
i usiedliśmy na ławce, tuż pod kamperem i zupełnie na plaży. A Marcin nawet nie zamoczył nóg w morzu.

Itea to ładna, niezwykle spokojna miejscowość, leżąca nad Zatoką Koryncką od strony stałego lądu. Wtedy byliśmy nią zachwyceni, nie wiedząc, że zobaczymy miejsca jeszcze piękniejsze. Jednak właśnie w tym miasteczku spędziliśmy pierwszą na greckiej ziemi noc, zjedliśmy pierwsze greckie potrawy w postaci małż i ośmiornicy, i obserwowaliśmy Greków, którzy po zmroku, kiedy upał zelżał, zaczęli gromadzić się na głównym placu, żeby pograć w tą ichnią grę, pogadać z sąsiadem lub po prostu pobyć między ludźmi. To tu leżeliśmy na plaży do 1:00 w nocy, szukając Wielkiego Wozu. Właśnie wtedy poczuliśmy, że jesteśmy na Wakacjach. Dlatego też Itea w tabeli kategoryzującej miejsca, które warto odwiedzić i tych, które można sobie darować, zdecydowanie lokuje się w pierwszej kolumnie.

 

O poranku, po joggingu, zobaczyliśmy, że nie jesteśmy tak dobrze ukryci jak myśleliśmy. Wszystkie samochody odjechały i stał taki wielki biały kamper na środku ścieżki rowerowej. Dlatego odjechaliśmy czym prędzej, śniadanie odkładając na „gdzieś dalej”.

Dlaczego Peloponez?

Zanim dotarliśmy na Peloponez pokonaliśmy kawał Grecji. Co więcej, każde z nas kiedyś było już w innych częściach Grecji kontynentalnej. Dlatego z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że ta naprawdę urzekająca Hellada zaczyna się dopiero na Peloponezie (pomijając wyspy rzecz jasna, one rządzą się swoimi prawami). Dopiero głęboko na południu krajobraz zmienia się na wybitnie górzysty, morze mieni się wszystkimi odcieniami niebieskiego, widoki są takie i jest ich tyle, że w pewnym momencie bardziej dziwi brak morza niż zachwyca jego piękno, pojawiają się małe, biało-niebieskie domki, ludzie są tacy jacyś spokojniejsi, mniej jest turysty masowego, bezmyślnego. I wszystko zwalnia, zwalnia, zwalnia… Oprócz ruchu drogowego. Tu wszystko jest dynamiczne, nieprzepisowe i zaskakująco sprawne.

2. ŚNIADANIE POD MOSTEM RIO-ANTIRIO
Gdzieś dalej okazało się plażą tuż za mostem Rio-Antirio łączącym stały ląd z Peloponez, który po przekopaniu Kanału Korynckiego, tak naprawdę jest wyspą. Przejazd jest płatny, kilkanaście euro chyba zapłaciliśmy (opłaty drogowe, kiedy podróżuje się kamperem, mogą przerazić; dla osobówki normalnie). Na plaży stały ze dwa włoskie kampery, zakazu kamperowania nie widzieliśmy, pewnie nie gonią, pewnie można, choć ja określiłabym miejsce jako tranzytowe. Za mało intymnie, za mało „wiejsko”, za mało klimatycznie.

(Marcin wciąż z niezrozumiałych dla mnie przyczyn nie wlazł do wody. A teraz marudzi, że za mało doceniał.)

[learn_more caption=”Most Rio-Antirio”]

Został oddany do użytku 7 sierpnia 2004 (tuż przed inauguracją XXVIII Letnich Igrzysk Olimpijskich w Atenach). Polskie media nie wspomniały o tym słowem, choć nie omieszkały wspomnieć o pożarze kabla na moście po uderzeniu pioruna mającego miejsce jakiś czas później – to my Polacy! Budowa mostu kosztowała setki miliony euro i wzbudziła wiele kontrowersji. „The Economist” pisał o moście „znikąd, aż na sam koniec nikąd”, z uwagi na fakt, że sieć dróg z jednej i drugiej strony w czasie budowy nie była zbyt rozwinięta. Dla Greków most od razu stał się przedmiotem narodowej dumy – nie bez podstaw, jest naprawdę imponujący – stanowiąc fragment autostrady Ionia Odos, aktualnie już częściowo czynnej. Na dwóch brzegach cieśniny położone są miejscowości o nazwach Rio oraz Atirio („leżąca dokładnie naprzeciwko Rio”). Źródło: Wikipedia

[/learn_more]

3. NAUKA RELAKSU W KASTRO KILLINIS
Po małej, greckiej przystawce chcieliśmy więcej, więcej, więcej! Dlatego 2 kolejne dni spędziliśmy bycząc się grzesznie, a raczej ucząc się byczyć, na kempingu Melissa Beach, ulokowanym na pagórkowatym przylądku w miejscowości Kastro Killinis, tuż przy porcie Killinis, z którego odpływają promy na Zakynthos i Kefalonię (jeszcze będą nasze!). Rozłożyliśmy hamak i cały dobytek,
i ruszyliśmy snorekelingować do niebieskiego morza. Potem przekonaliśmy się, że morze w Grecji w każdym miejscu ma inny, zawsze urzekający, odcień niebieskiego. Rozumiem, skąd taka flaga.

W bezpośrednim sąsiedztwie kempingu nie ma nic oprócz jednej tawerny z cudnym widokiem na morze i dobrym jedzeniem. Wtedy mi było za mało, chciałam miasteczka i zabytki, łazić chciałam po uliczkach, oglądać, dowiadywać się, iść gdzieś i chłonąć. Chciałam robić wszystko naraz. Początkowo brałam na plażę wszystkie przewodniki, gazety, maskę i płetwy, rakietki z piłką, aparat, telefon, wino, wodę, przekąski…. Idąc na plażę oddaloną o jakieś 5 metrów od kampera.


15 minut bezczynnego leżenia to był maks. Nawet oczu nie zamykałam, bo na takie widoki przecież TRZEBA patrzeć. Musiałam nauczyć się odpoczywać, robić tylko to, co niezbędne, i robić to wolno. W ostatnim tygodniu już umiałam. Teraz tego pragnę.

Po dwóch dniach spędzonych na nauce odpoczywania, z ulgą ruszyliśmy zwiedzać.

4. UCIECZKA PRZED TŁUMEM W STAROŻYTNEJ OLIMPII
Zatłoczone miejsca zwiedzamy szybko. Zorganizowane grupy różnorakich turystów z przewodnikami nie sprzyjają wczuciu się
w klimat i kontemplacji. Dlatego odpuściliśmy osławione Delfy, Mykeny i Meteory. Starożytna Olimpia zajęła nam 2 godziny, choć niewątpliwie jest warta odwiedzin. Byle nie w sierpniu.

Będąc w takich miejscach jak Olimpia, gdzie niestety nie zachowało się zbyt wiele, jednak wystarczająco dużo, żeby pobudzić wyobraźnię (pobudzić tym bardziej, bo pościągano część tablic informacyjnych, a ja nie wzięłam przewodnika, tak się wyluzowałam!) marzymy o wynalazku, dzięki któremu moglibyśmy przenieść się na kilkadziesiąt sekund w czasie i zobaczyć ten ogromny posąg Zeusa – jeden ze starożytnych cudów świata, i ówczesnych ludzi składających dary w intencji np. zwyciężenia na najbliższych zawodach, bo o co modlić się w Olimpii. Jakże to byłoby niesamowicie móc poobserwować toczące się tu tysiące lat temu życie…

Więcej o Olimpii: [button link=”http://www.dreamsonwheels.pl/listing/olimpia-peloponez/” newwindow=”yes”] Olimpia[/button]

5. CISZA PO GRECKU W GÓRSKIEJ WIOSCE ANDRITSAINA I ŚWIĄTYNI BASSAI
Och, jakież góry trzeba pokonać, żeby tu dojechać! Kręto, wąsko, wiejsko, wymagająco wprawy za kierownicą i niezwykle malowniczo. Dla mnie must see na peloponeskiej mapie.

Andritsaina to urokliwa i sprawiająca wrażenie wyludnionej wioska w głębokich górach. Dojechaliśmy w porze sjesty i uderzyła nas panująca tu cisza. Nie było słychać nawet wszechobecnych cykad. Wszystko stało w miejscu, jakby ktoś włączył pauzę. Bosko.

Legenda głosi, że pierwszym osadnikiem był pasterz, któremu właśnie tu zawieruszyła się owieczka. A że miejsce urokliwe, źródełko czystej wody miało, zbudował tu dom, nadając miejscu nazwę pochodzącym od imienia swojej żony, której imię z kolei pochodziło od jego imienia. A imię jego było Andrikos.


Na głównym placu toczyło się jednak niespieszne życie. Kilka otwartych tawern, kilkoro mężczyzn sączących frappe w kafejonach wokół wielkiego drzewa z wmontowanym kranikiem, z którego sączyła się czysta, górska woda, pozdrawiało nas ruchem ręki.


W przewodniku napisano, że jest tu kilka sklepików z lokalnymi wyrobami – niestety, nie. Widać, że jeszcze niedawno były, ale splajtowały. Jedynym zgrzytem w tej górsko-kamiennej scenerii są właśnie pozamykane sklepy i warsztaty, świecące smutnymi pustkami witryny i opuszczone domy z wywieszkami „na sprzedaż”.  Nie tylko w Andritsainie zresztą – w wielu miejscach
w kolejnych dniach widzieliśmy podobne oznaki kryzysu.
Dlatego wsparliśmy grecką gospodarkę zamawiając solidne porcje gyrosa z ouzo. I było to w dwójnasób pyszne.

Nie widziane od rana morza zaczęło nas wzywać, dlatego czym prędzej ruszyliśmy ku wielkiej wodzie, czyli z prędkością 20-30 km na godzinę przedzieraliśmy się przez góry. Po drodze zatrzymaliśmy się przy ogromnym kosmicznym namiocie, skrywającym wielką świątynię Bassai wzniesioną na cześć boga sztuki Apollona.


[learn_more caption=”Świątynia Bassai”]

Wpisaną na listę zabytków UNESCO świątynię zaprojektowano w taki sposób, aby reprezentowane w niej były wszystkie greckie porządki architektoniczne: dorycki, joński i koryncki. Jest ona drugą najlepiej zachowaną świątynią w Grecji (po Hefajsteonie na ateńskiej agorze). Data zakończenia prac pozostaje nieznana, nie widać, żeby ktoś tam się spieszył z układaniem tych kamyków. Analogicznie do historii Partenonu, oryginalne elementy zdobień świątyni spoczywają w dziesiątkach muzeów i w licznych kolekcjach prywatnych, poza granicami Grecji. No proszę, i czy tak powinno to wyglądać?

[/learn_more]

Kiedy już zakończy się odrestaurowywanie i zdemontują ten wielgachny namiot, świątynia będzie wyglądać naprawdę imponująco – położona na szczycie wzgórza, a wokół tylko widok na góry. Zresztą już teraz robi spore wrażenie, tym bardziej, że można podziwiać ją niemal w zupełnej samotności.  Wstęp: 4 EUR.

6. ZATOKA GIALOVA I MIASTECZKO PYLOS, CZYLI KUPMY SOBIE SKUTER
Wybrzeże pierwszego od strony zachodniej peloponeskiego cyplu obfituje w malownicze zatoczki. Jedną z nich jest jest sierpowa Zatoka Gialova i położona tuż obok jej bliźniacza miniaturka Voidokilia przy miejscowości Navarino. Widzieliśmy je tylko przejazdem, jadąc do Methoni, o którym czytałam, że słynie z pięknych plaż, i żałuję, że nie zmieniliśmy planów. Zatoki, wydmy, zatopione w kwiatach i otoczone gajami oliwnymi wioseczki – raj. Na wydmach był zakaz kamperowania, a w takich miejscach nie stajemy, choć widzieliśmy tam dwa małe kamperki.
Szczerze polecam okolice zatoki Gialova, szczególnie zwiedzającym Peloponez autem. Jest tam wiele urokliwych hotelików
i pensjonatów. Cudne miejsce na morsko-plażowy wypoczynek, choć hit hitów jeszcze przed nami.

20140827_102751

Tuż nad zatoką leży sobie tarasowo na wzgórzu miasteczko Pylos. Niestety, ze względu na gabaryty, spontaniczne zatrzymywanie się na ciasnych, krętych i stromych poboczach w urokliwych miasteczkach nie jest dla nas, więc zachwycałam się Pylos z okien kampera. Takich sytuacji, kiedy chciałoby się wysiąść i pospacerować, a nie ma gdzie zaparkować, było więcej. Grecja przekonała mnie ostatecznie, że skuter na pokładzie musi być. Choćbyśmy mieli go wozić na dachu.

7. CO SIĘ DZIAŁO NA KEMPINGU LOUTSA I DLACZEGO MUSIAŁAM TO PRZEJEŚĆ W KORONI
Methoni, gdzie planowaliśmy zostać, okazało się na tyle nie dla nas, że kompletnie go nie pamiętam. Wybrzeże z Methoni do Koroni usiane jest kempingami i całe szczęście, że obejrzeliśmy wszystkie, zanim zdecydowaliśmy się zostać na ostatnim
i najlepszym – Loutsa Beach tuż pod miejscowością Finikounda.

Jako że nauczyliśmy się już odpoczywać, plażowanie i pontonowanie przyszło nam bez trudu. To właśnie na tych wodach przetestowaliśmy naszą wodna pierdziawkę, czy umie pływać po morzu. Umie:) To tu pierwszy raz cumowaliśmy nasz mały pontonik z małym motorkiem wśród większych braci i kuzynów, i byliśmy z niego tacy dumni.

To tu snorkelingowaliśmy nad taką głębią, że gdyby nie kapok, niechybnie bym się utopiła poddając się panice i lękowi przestrzeni, które zawładnęły mną całkowice, jak tylko spojrzałam w przestwór nieskazitelnie przezroczystej wody. Byłam pewna, że zaraz zje mnie orka, jak Gepetta. 30 sekund, tyle spędziłam w tej wodzie i jak teraz o tym myślę, to mi serce szybciej bije. Ostatecznie wybiłam sobie z głowy myśli, że może kiedyś zanurkuję z butlą. Never. 2 metry głębokości to maks, co moja lękliwa psychika znieść może.

Właśnie na kempingu Loutsa Beach przeżyłam swoje pierwsze trzęsienie ziemi. Lekkie, nic nawet nie spadło, ale odczucie to przedziwne, kiedy trzęsie się świat. Czytałam, że Grecja leży na obszarze sejsmicznym, jednak nie przypuszczałam, że takie wstrząsy są na porządku dziennym – stali bywalcy zdawali się być niewzruszeni. Marcin nawet się nie obudził, rok mieszkania na Tajwanie uczynił go nieczułym na takie geologiczne niesamowitości.

Łyżką dziegciu podczas tych kilku dni było samodzielne zalanie mojego turkusowego telefonu. Wściekła byłam ogromnie, dlatego w położonym u stóp ogromnego zamku Koroni zjadłam równie ogromny strudel waniliowy, który popiłam kawą z lodem i bitą śmietaną, i ouzo na dokładkę.

Koroni, podobnie jak Pylos, położona tarasowo na wzgórzu, pełna krętych i stromych dróg i dróżek, małych sklepiczków, zaułków i placyków, sama w sobie może być lekiem na całe zło.

Bo czym tu się martwić, skoro z  nieba leje się żar, tuż obok pluska morze, nad głową widać zamkowe fortyfikacje, a w porcie pełno rybackich kutrów, przywożących świeże, morskie smakowitości. A wszystko to niespiesznie i na biało-niebiesko.

I tak przez całe Peloponez…

3 thoughts on “Peloponez, pierwsza odsłona. Elida i Półwysep Mesyński

    1. Dzięki!:)
      Mieliśmy 3 przewodniki:
      1. Marco Polo „Grecja. Półwysep.
      2. Bezdroża „Grecja. Ateny i Peloponez
      3. National Geographic „Grecja”.
      Sporo inspiracji wykopalismy na forum camperteam.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Yasas, Peloponez! Trip 2014.
Kemping Glaros, Kineta, Grecja