W ostatnim miesiącu byliśmy we Władysławowie dwa razy – raz na kempingu Alexa, raz Horyzont. Przygotowałam tabelaryczne porównanie obu kempingów, w którym zwycięzcą jest Alexa, jednak teraz, po jakimś czasie, gdybym musiała znowu jechać do Władysławowa, wybrałam Horyzont. A najbardziej to miejscówkę na dziko na Helu, ale o tym szerzej przeczytacie we wpisie:
Barcelona – i wszystko jasne:) O tym mieście tyle słów już zostało napisane, że ograniczę się tylko do: kocham, kocham, kocham. Tym bardziej, że i ja wypociłam już swoje w tym oto wpisie:
Kociewie to kolejny, obok odkrytych przez nas niedawno Beskidów, niezwykle ciekawy region Polski. W jego sercu znajduje się gospodarstwo agroturystyczne TuŻur. Genialne, niekomercyjne, maksymalnie spokojne miejsce na urlop.
Na terenie gospodarstwa stoi willa, w której mieszka właścicielka i gdzie można wynająć pokoje. Tuż obok, nad strumyczkiem, wybudowano 3 nieduże drewniane domki, bardzo ładne w swojej prostocie. W środku koza i i cegła na podłodze. Wieczorem, przy rozpalonym ogniu, robi się niezwykle przyjemnie. Zewnętrzny reflektor oświetla drzewa rosnące tuż za wielkim oknem. Takie proste, a takie piękne.
Helsinki to jedno z moich ulubionych miast w tej części Europy. Pierwsze skojarzenia: przestrzeń i młodość, okraszone znajomymi skądinąd wpływami rosyjskimi. Bardzo dobrze się tu czułam. Warto wiedzieć, że Helsinki leżą na tyle wysoko, że w lecie jest tu jasno prawie do 24:00, co rozszerza możliwości zwiedzania.
Tak, mogłabym tu studiować. A już zdecydowanie chciałabym, gdybym była chłopakiem – znaczne nagromadzenie ładnych dziewczyn, klubów i barów w jednym mieście to gwarancja udanych studiów:) A dodatkowo, jest tu bardzo ładnie, stosunkowo tanio i wielkomiejsko. Zupełnie nie jak na wschodzie Europy.
Tallin – miasto, a w zasadzie jego starówka, jest zaklęta w średniowieczu. Poza murami starego miasta lekko zajeżdża czasami socrealizmu, co też ma swój urok.
Val d’Orcia to najczęściej fotografowana część Toskanii. To tu kręcono sceny z Gladiatora, co można wyczytać w każdym opisie tej doliny – aż dziw, że jeszcze nie zmieniono je nazwy na Dolina Gladiatora. Najlepszą bazą wypadową do krajoznawczej wycieczki jest Pienza, która jest atrakcyjna sama w sobie. Jeśli dodać do tego widok na Val d’Orcię, mamy miejscówkę perfekcyjną.
Więcej o Val d’Orcii i Pienzy we wpisie: Val d’Orcia i Pienza – sjesta w harmonii z cudnym Światem
Kemping nie dość, że otwarty, to w dodatku prawie pełny. Sanitariaty w stanie niezbyt ciekawym, jednak kemping sam w sobie ok. W jego centrum umieszczono duże boisko, a przy recepcji małą knajpkę z domowym włoskim jedzeniem. Fajną sprawą był busik, który za darmo woził gości do oddalonego o kilometr drogi San Gimignano. W dzień spokojnie można by się przejść, wieczorem jednak nie polecam – raczej to niebezpieczne iść nieoświetloną, krętą drogą bez chodnika.
Strona internetowa: areasostasantachiarasangimignano.it
Więcej o San Gimignano przeczytasz we wpisie: Chianti i Val d’Orcia – sjesta w harmonii z cudnym Światem
Otoczona murami Radda in Chianti jest na tyle mała, że spacer po niej trwa nie więcej niż pół godziny, a to i tak tylko wtedy, jeśli przetuptasz każdą uliczkę. To idealne miejsce, żeby się człowiek wreszcie przestał spieszyć i zaprzestał pogoni po więcej i więcej, ciesząc się tym, co ma pod nosem.
W Radzie polecam:
W Radda in Chianti zatrzymaliśmy się na parkingu dla kamperów przy Via degli Ulivi, który kosztuje 12 EUR za dobę, liczone od 24:00 do 00:00, czyli jeśli kupi się bilet o 16:00 to doba skończy się o północy. Można też płacić za godziny.
Więcej o Radda in Chianti i innych miejscowościach w Chianti przeczytasz tu:
Kamperowcy niech zapomną o tym, że wbiją się do centrum i gdzieś przycupną, to absolutnie niemożliwe ze względu na duży ruch i zakazy. Byliśmy zmuszeni zostawić kampera na dużym parkingu dla kamperów i autobusów, oddalonym o około 1,5 km od murów starego miasta. Parking jest całodobowy i niezależenie od tego, ile czasu trwa postój, opłata to 20 EUR. Nie planowaliśmy noclegu w Sienie, zapłaciliśmy więc 20 EUR za 3 godziny, ale miasto jest warte tych pieniędzy.
Parking jest dla kamperów i autobusów i położony jest na skwerze pomiędzy dwiema ruchliwymi drogami. W grudniu ruch był duży, w sezonie pewnie 10 razy większy. Nie wiem, czy dobrze się śpi przy dźwięku co chwila odpalanych silników wielkich pojazdów.
Przy kasie dostaniecie mapę Sieny.
Adres: 50, Str. di Pescaia, 42, 53100 Siena SI, Italy
O Sienie przeczytasz tu: Toskania w swetrze – Lukka, Siena, Piza
Gdzie się zatrzymać w Lucce? Na przykład na tym parkingu. Umiejscowiony w cichej dzielnicy, około 1 km od murów pięknej Lukki. Jest pełne zaplecze dla kamperów, czyli woda, miejsce na pozbycie się brudnej wody i wylanie kibelka. Jest również kilka kamiennych rusztów do pogrillowania. Nie ma pryszniców. Koszt: 14 EUR za dobę.
ADRES: Via Gaetano Luporini, 777 Lucca
O Lucce przeczytasz tu:
Tym razem życie rzuciło nas na Podbeskidzie, do małej Brennej, otoczonej niewysokimi górami. Motywowana chęcią sprawdzenia, jak mieszka się w domu z bali, bo marzy nam się taki wybudować, znalazłam drewnianą chatkę z pokojami do wynajęcia – Jaworówkę. Fotografię na stronie wyglądały kusząco, nastawiłam się na coś superowego i… dostałam jeszcze więcej. Piszę leżąc na różanej pościeli, w kominku trzaska ogień, wokół mnie drewno dosłownie wszędzie, a Marciś ogląda mecz naszych piłkarzy ręcznych – cudowne okoliczności towarzyszące.
Jaworówka to chatka na uboczu Brennej, położona nieco wyżej, dzięki czemu z okien podziwialiśmy ośnieżone o tej porze roku Beskidy. Można wynająć ją całą lub poszczególne pokoje, których są 4: dwa na piętrze z jedną dzieloną łazienką, dwa na parterze, również z jedną dzieloną łazienką. Na parterze jest jeszcze wspólna kuchnia i jadalnia, w podpiwniczeniu natomiast mała sauna i pokój “relaksacyjny” z fotelem masującym, który zlekceważony przez nas na początku, po wypróbowaniu niemal wyprzedził saunę w hierarchii atrakcji. Wszystko totalnie odnowione, choć zdaje się, że spora część chatki jest raczej wiekowa.
Minusem Jaworówki są te dzielone łazienki i szczerze mówiąc, to chyba jedyna wada. My mamy ogromne szczęście, bo nikogo oprócz nas w chatce nie ma, więc nie doskwiera nam dyskomfort dzielenia z obcymi ludźmi miejsca, gdzie nawet król chodzi piechotą.
Po seansie w saunie i sesji na fotelu masującym, nie spieszy nam się jednak, by opuszczać pokój – po rozpaleniu w kominku (tak, kominek w pokoju!) zapaleniu świeczek i lampek nocnych sypialnia wygląda magicznie: drewniane ściany z mszeniem pomiędzy balami, kamienny wielki komin, rustykalno-sielski wystrój, padający śnieg za oknem i temperatura 27 stopni przy wyłączonym grzejniku wewnątrz – to jest nasz raj. Ile za niego zapłaciliśmy? 150 zł za dobę. Za dwie osoby. 300 zł za weekend. Zupełnie niedużo.
Jak pisałam na początku, szukałam drewnianej chatki, bo chcemy taką wybudować. Mamy jednak problem ze znalezieniem zaufanej ekipy, która by się takiego zadania podjęła, a nie bardzo ufamy opcji sprowadzenia kogoś w ciemno do Zielonej Góry. I tu jest moment na chichot losu, bynajmniej nie złośliwy – okazało się, że właściciel Jaworówki ma firmę budowlaną, specjalizującą się w drewnianych domach. Przypadek?…
O samej Brennej i okolicach napiszę jutro, bo dopiero co przyjechaliśmy. Oprócz zjedzenia chłopskich placków ziemniaczanych w drewnianej – a jakże! – chałupie z 1923 roku(!) nie zdążyliśmy jeszcze nic zobaczyć.
Polecam gorąco. Agencja ma kilkanaście apartamentów w różnych częściach Barcelony. Nasze mieszkanie mieściło się w typowej barcelońskiej kamienicy w całości należącej do Happy People, przy ulicy Carrer de Mata 24, na dachu której urządzono klimatyczny taras do użytku mieszkańców. W budynku jest winda. Wszystko świeżo wyremontowane.
Nasze dwupiętrowe mieszkanie było na parterze i piętrze. Trzy sypialnie, dwie łazienki, salon z kuchnią. Sypialnia na pięterku cudna:D
Bardzo ładnie wykończone, klimatyczne, dobrze wyposażone. Ceny – takie sobie, ale można trafić na fajne promocje. Nie jest to lokum niskobudżetowe, ani równorzędne hotelowi 5 gwiazdkowemu – dla nas po prostu idealne.
Położenie: tuż pod wzgórzem Montjuic, 5 minut spaceru do wybrzeża, 10 minut do La Rambli. Spokojna, cicha, bezpieczna okolica.
Jedno z piękniejszych miast, jakie było mi dane do tej pory odwiedzić. Jeden dzień to za mało, żeby zdążyć nie tylko zobaczyć to, co zobaczyć należy, ale też poczuć klimat tego miasta.
Na północ Norwegii jedzie się w zasadzie wyłącznie po to, żeby postawić swoje stopy na Przylądku Północnym. Jest tu pusto, zimno i do domu daleko:) Jasna sprawa, że piękno i magię można dostrzec wszędzie, trzeba tylko umieć odpowiednio patrzeć, co mi nie za bardzo się udało. Czy warto tu przyjechać? Odpowiedź w relacji:
Wciśnięty między morze a skały Nusfjord opisywany jest jako jedna z najlepiej zachowanych rybackich osad i faktycznie tak jest, głównie z tego powodu, że zrobiono z niego częściowy skansen. Niegdyś była to najważniejsza wieś rybacka na całych Lofotach. Wstęp do osady jest płatny, jednak niewiele, w przeliczeniu około 20 zł. Stworzono tu niewielkie muzeum rybołówstwa, gdzie wyświetlany jest film m. in. o połowach wielorybów. W sklepiku General Store, wyglądającym jak portowe sklepy sprzed dziesiątek lat, można kupić norweskie specjały, kolorowe cukiereczki, czapkę rybaka, kawałek wieloryba albo po prostu nacieszyć oczy ładnym, skandynawskim wnętrzem. Tuż obok jest miła kawiarenka, w której serwowane są między innymi gorące gofry
w przyzwoitej jak na Norwegię cenie.
Wjeżdżając do osady odnosi się wrażenie, że właśnie odkryło się tajemną wioskę gdzieś między górami. Tym bardziej, że aby tu dojechać, trzeba zjechać z głównego szlaku, co niewielu turystów czyni. Jest tu naprawdę cicho i spokojnie. Pewnie dlatego, mimo przejmującego wiatru, jak najdłużej chcieliśmy chłonąć zaciszną atmosferę ukrytego Nusfjordu.
Jak w każdej wiosce na Lofotach, również w Nusfjord są rorbuer, czyli domki na palach do wynajęcia. Bardzo mnie kusi, żeby zafundować sobie kiedyś kilka dni w takim miejscu. Siedzielibyśmy z Marcisiem i uczyli się spokoju.
Trasa mierzy około 24 kilometrów w jedną stronę i jest raczej wyczerpująca – trzeba pokonywać długie, tępe podjazdy, jednak wrażenia estetyczne wynagradzają włożony trud. Szkoda, że wzdłuż drogi nie wybudowano choćby wąskiej ścieżki rowerowej – jedzie się cały czas normalną szosą, a momenty, kiedy tuż na tyłku hamuje Ci wielki kamper, żeby przepuścić jadącą z drugiej strony ciężarówkę nie należą do komfortowych. Całe szczęście, kultura jazdy jest w Norwegii duża i kierowcy są ostrożni. A Nusfjord jest wart, żeby się dla niego trochę wysilić.
O Nusfjord przeczytasz tutaj: Nusfjord
O kempingu nad plażą Fredvang tutaj: Kemping Fredvang
Pozwiedzamy, a potem odpoczniemy na kempingu – postanowiliśmy i po zjechaniu na ląd w Lodingen na Lofotach, pojechaliśmy na południe, do najbardziej na tym archipelagu popularnej miejscowości, Å. Z tradycyjnie rozumianego odpoczynku koniec końców nic nie wyszło, bo albo dużo chodziliśmy, albo jeździliśmy na rowerze, ale inaczej się nie da – Lofoty swoją urodą mocno motywują do aktywnej eksploracji. I idziesz dalej, ciekawy, czy możliwe jest, żeby za następnym zakrętem było jeszcze piękniej. Jest.
Po drodze do Å zatrzymaliśmy się nad zapierającą dech w piersiach plażą w Ramberg. Krajobraz zadziwiający – Karaiby w norweskiej scenerii. Kuszące morze, biały piasek, pełne słońce. I maksymalnie 12 stopni. Blisko plaży jest kemping, jednak zdecydowanie polecam pojechać nieco dalej, na kemping przy Fredvang Strand.
Podczas rowerowej wycieczki następnego dnia odkryliśmy jeszcze kilka, stworzonych wyłącznie do podziwiania, plaż. Dzięki temu jednak, że nie są to miejsca do plażowania w dosłownym tego słowa znaczeniu, można dostrzec ich inny wymiar, docenić czyste, nieskażone ludźmi, piękno przyrody.
Chcieliśmy przenocować na kempingu w Å, ten jednak był przepełniony, a miasteczko jest tak ciasne, że nie ma możliwości znaleźć miejsca na nocleg na dziko. Wróciliśmy zatem na przydrożny parking pomiędzy Å i Reine i tam spędziliśmy noc, a rano ruszyliśmy na malowniczą przechadzkę do Å.
Ta pierwotnie rybacka wioska obecnie zmieniła swój charakter na turystyczno-rybacki. Domy prawdziwych rybaków mieszają się z rorbuer (chatki na palach) dla turystów. Jednak nie jest to turystyka odzierająca z uroku, przytłaczająca i głośna. Jest ujarzmiona, wpleciona w życie wioski, nie przeszkadza. O wiele więcej turystów jest w Reine, do Å zdają się wpadać na chwilę. I całe szczęście.
Swego czasu turyści notorycznie kradli tabliczkę z nazwą miejscowości. Teraz taką tabliczkę można sobie bez przeszkód kupić w sklepie z pamiątkami, a co łatwo dostępne, przestaje być atrakcyjne, ustały więc kradzieże.
Å to wymarzone miejsce na spędzenie kilku cichych, spokojnych dni. Z książką w ręku, kubkiem kawy, na tarasie jednej z rorbu zbudowanej na balach w morzu. Gdyby nie kamper, właśnie tak byśmy zrobili.
Na końcu wioski, za wiaduktem, jest spory parking i sklepik z pamiątkami. Zdaje się, że nie ma zakazu kamperowania.
Następnego dnia, jadąc na plażę Ramberg, zahaczyliśmy o Reine – najbardziej obfotografowaną miejscowość na Lofotach. Nie zachwyciła nas do tego stopnia, co Å, z powodu większej ilości turystów zapewne. Jest tu nieco gwarniej, bardziej komercyjnie, choć obu słów użyłam ciut na wyrost – ciągle jesteśmy w Norwegii, nie jest to ten gwar i ta komercja, jakie cechują inne turystyczne destynacje. Tutaj też jest mnóstwo rorbuer z trawą na dachach, zdaje się jednak, że większość z nich to wakacyjne domki na wynajem. Gdybym jednak miała wybierać, na kilkudniowy pobyt zdecydowanie wybrałabym Å.
Jadąc na kemping przy cudnej plaży w Ramberg, ni z tego, ni z owego, skręciliśmy w jedną z bocznych dróg i pokonując dwa mosty przeciągnięte nad cudnymi lagunami, jadąc przez pola wiejską uliczką, dojechaliśmy do cudnej, wielkiej, zielonej doliny nad zatoką, przy plaży Fredvang, i do kempingu umiejscowionego idealnie w środku tego idyllicznego pejzażu.
Nie od dziś wiadomo, że w najpiękniejsze miejsca dociera się wtedy, kiedy zarzuci się stworzony przed wyjazdem plan na rzecz scenariusza pisanego przez podróż.

Kemping położony tuż nad śliczną plażą, na skraju malutkiej wioski, obok cmentarza. W pobliżu nie ma żadnego sklepu, ewentualne zakupy trzeba więc zrobić wcześniej.
Wielką atrakcją jest fakt, że słońce “zachodzi” tu za morzem, co w praktyce oznacza, że będąc tu latem możemy obserwować nocną wędrówkę słonka tuż nad horyzontem i podziwiać wznoszące się naokoło góry oświetlone nocnym światłem. Na jedną z nich można nawet z łatwością wejść i zabezpieczając się od wiatru kontemplować widoki.
Żeby na niego dojechać, trzeba przejechać przez dwa mosty rozpostarte nad turkusowym morzem – czysta przyjemność natury estetycznej.
Fredvang Strand- og Skjærgårdscamping (FLAKSTADOYA)
8387 Fredvang
To naprawdę piękne, zaciszne miejsce, które polecam każdemu, kto będzie wizytował Lofoty, nie tylko kamperem, z przyczepą czy namiotem – warto tu zajechać choćby na godzinkę.
Cena: około 220 NOK za dobę, prysznic dodatkowy płatny. Można płacić kartą.
Udogodnienia: ogrzewane prysznice, kuchnia, pralki, woda do napełnienia kampera, miejsce do pozbycia się kota, wifi w recepcji.
Czynny od maja do sierpnia.
Strona kempinguNie mieliśmy go w planach, nie lubimy muzeów. Jednak przejeżdżaliśmy tuż obok, a pogoda była taka, że schowanie się w ciepłym wnętrzu czegokolwiek kusiło. Weszliśmy.
Muzeum jest niewielkie. Składa się z budynku z salką kinową, sklepem z pamiątkami i barem oraz zrekonstruowanego domu wodza Wikingów, który zaskoczył nas wielkością. W cenie biletu jest rejs łodzią Wikingów, ale było tak zimno, że zrezygnowaliśmy z tej wietrznej przyjemności.
Zwiedzanie wygląda następująco: najpierw w sali kinowej emitowany jest fabularyzowany filmik o historii norweskich Wikingów. Potem przechodzi się do właściwej atrakcji, czyli do ogromnego domostwa Wikingów, gdzie pod jednym dachem zgromadzone jest wszystko, czego Wiking potrzebował do życia – od kuchni, przez sypialnie, bawialnie, palenisko, po pomieszczenia dla zwierząt.
Istnieje możliwość wzięcia udziału w uczcie Wikingów, podczas której ubrani w odpowiednie stroje goście biesiadują i bawią się za całkiem sporą kasę (wcześniej trzeba się oczywiście zapisać, zabawa raczej dla krajan niż dla turystów). Bilet do Lofotr Vikingmuseum też nie należy do najtańszych – aż 160 NOK za osobę dorosłą.
Wizyta w tym miejscu sprawiła tyle jedynie, że Marcin teraz chce mieć surowy dom z podziałem na strefy, niczym Wiking. W celu przeżycia większych wrażeń, warto wizytę w Lofotr Muzeum zaplanować tak, aby pokrywała się z Festiwalem Wikingów odbywającego się tu co roku w sierpniu.
Jeśli chodzi o wikingowskie klimaty, najbardziej zapadł nam w pamięć Międzynarodowy Rynek Wikingów w Ribe w Danii, na którym naprawde można przenieść się w czasie i zobaczyć, jak wyglądało życie przeciętnej wikingowskiej rodziny. (Wspominki z festiwalu pod linkiem):
Po drugiej stronie Lysefjordu znajduje się kolejna widokówkowa atrakcja Norwegii – skała Preikestolen (na camperteamie ktoś napisał: pierdziwstołek – naprawdę nie wiem, dlaczego, ale bardzo mnie to rozbawiło.
Preikestolen (ambona) to klif w Norwegii o wysokości 604 m, położony nad Lysefjordem. Płaska powierzchnia wierzchołka o wymiarach 25 na 25 metrów, jest jedną z największych atrakcji turystycznych tego kraju. Powstała najprawdopodobniej ok. 10 tysięcy lat temu w wyniku pęknięcia skał pod wpływem mrozu.
Na mapie wygląda, jakby Kjerag i Preikestolen były tuż obok siebie i faktycznie tak jest, patrząc na wartości bezwzględne, ponieważ leżą, czy raczej wiszą, nad tym samym Lysefjordem. Żeby jednak z Kjeragu dojechać pod schronisko Preikestolen Fjellstue drogą, trzeba przemierzyć 150 km po górskich drogach. Bardzo malownicze 150 km (czyt. tutaj).
Kampera lub auto można zostawić na płatnym parkingu (100 NOK) przy Preikestolen Fjellstue – dużym schronisku z restauracją, centrum informacji turystycznej, toaletami i parkingiem płatnym.
4100 Jørpeland
Po drodze mijaliśmy kilka aut i kamperów zaparkowanych gdzieś w zatoczkach. Droga jednak jest wąska i kręta, jeżdżą tędy autokary, a małe parkingi leśne pozagradzane są sznurami, więc lepiej nastawić się parking niż liczyć, że się uda gdzieś z boczku przycupnąć.
Na klif wiedzie pagórkowaty, kamienisty szlak o różnicy poziomu 350 m, i długości 3,8 km. Czas przewidziany na przejście trasy w tę i z powrotem to 3-4 godzin. Nam to zajęło po ok. 1 godziny w każdą ze stron, ale trochę zachrzaniliśmy.
Preikestolen znalazła się w rankingu Lonely Planet wśród 10 najwspanialszych punktów widokowych na świecie. Nas szczerze mówiąc bardziej zachwycił punkt widokowy na Kjeragu, jednak być może to kwestia obecności lub braku słońca i ilości turystów – z uwagi na fakt, że wejście na Preikestolen jest dużo łatwiejsze, jest tu o wiele więcej ludzi. Żeby zrobić sobie ładne zdjęcie, na którym będzie się samemu, trzeba ustawić się w kolejce i to nie jest żart.
Na fotce przedstawiającej Marcisia, który sam sobie siedzi na skraju klifu był tłum ludzi – powycinałam ich w photoshopie:)
Zdjęcie z głazu Kjeragbolten to jeden z najpopularniejszych norweskich obrazków. Być w Norwegii i nie stanąć na kulce, to jak być we Włoszech i nie zjeść pizzy. Różnica polega jednak na tym, że żeby zjeść pizzę, wystarczy wejść do pierwszej lepszej knajpki. Natomiast, żeby stanąć na Kjeragbolten, trzeba przez ponad 2 godziny wędrować po górach, wspinać się po skałkach i brodzić w roztapiającym się śniegu, żeby na dokładkę pokonać ostatnią, największą przeszkodę – własny lęk.
Góra położona w Norwegii nad Lysefjordem, nieopodal miasta Forsand w okręgu Rogaland. Jej najwyższy punkt wznosi się na wysokość 1100 metrów nad poziomem morza, jednakże najwięcej turystów przyciąga położony w jej północnej części uskok z przepaścią sięgającą 984 m. Rozciąga się z tego miejsca imponujący widok na błękitne wody Lysefjorden. Tuż obok znajduje się Kjeragbolten, zaklinowany pomiędzy dwiema skałami głaz o objętości 5 m³. Po drugiej stronie znajduje się Preikestolen. Żródło: Wikipedia.
Nie ma innej drogi na Kjerag niż przez góry. Nie ma ułatwienia, w postaci wyasfaltowanej szosy z drugiej strony, nie ma do wyboru łatwiejszego i trudniejszego szlaku. Jest jeden szlak, rozpoczynający się przy schronisku, czy raczej restauracji Øygardstølen, która sama w sobie jest bardzo malowniczo położona.
Można tu zostawić auto lub kampera na czas wspinaczki – parking jest płatny, za kampera 100 koron (około 50 zł). UWAGA! Nie wolno tu nocować. Przenocować możemy na parkingu przy wodospadzie 3 km niżej. Jeśli chcemy zaoszczędzić 100 koron, można stamtąd ewentualnie przywędrować pod Øygardstølen. Ostrzegam jednak, że właściwa wyprawa na Kjerag jest na tyle wyczerpująca, że te 3 km pod górę robi różnicę.
Bardzo polecam nocleg wzdłuż jedynej drogi wiodącej do schroniska Øygardstølen. Jest to jedna z najpiękniejszych tras, jaką w życiu jechaliśmy. Przenosisz się z krainy jelonka Bambi i dzieci z Bullerbyn prosto w czeluści Mordoru, docierasz do wioski hobbitów, a zaraz potem w arktyczne klimaty niedźwiedzi polarnych. Coś niesamowitego. Wszędzie pusto, małe domeczki tu i ówdzie, w większości puste, mnóstwo strumyczków, wodospadzików, topniejącego niespiesznie śniegu. Wzdłuż drogi przygotowano kilka zatoczek i małych parkingów, spokojnie można znaleźć miejsce na noc, która mogłaby być straszna na takim pustkowiu, gdyby faktycznie była nocą. Jako że prawie 24 godziny mamy dzień, strachu nie ma.
Część piesza trasy na Kjerag jest fajowa. Co chwila zmienia się zarówno krajobraz, jak i pory roku – raz wędrujesz latem, raz wiosną, jesienią, a nawet zimą. A to po płaskim, a to przez śnieg jak na biegunie, a to wspinając się przy pomocy łańcuchów, czy też zjeżdżając na butach po zaśnieżonym stoku emanując czystą, dziecięcą radością. I nagle, stajesz na kamiennym tarasie pełnym ludzi i jeśli jesteś uważny, doszukasz się wśród tłumu niepozornego na pierwszy rzut oka kamola utkwionego między skałami. Jeśli jednak jesteś mniej uważny, podejdziesz do krawędzi, zachwycisz się widokiem na Lysefjord i zaczniesz gadać z kumplami, a obróciwszy się, z zaskoczeniem stwierdzisz: “Oh men, that’s that fuckin’ rock! Look, overthere, there’s the fuckin stone!”.
I przybijecie sobie wszyscy piony.
Pięknie tam jest, czy z kamieniem, czy bez. Jeśli jeszcze ma się to szczęście i trafi na słoneczny dzień, wcale nie chce się z Kjeragu schodzić.
Kiedy pokazywaliśmy zdjęcia rodzinie, wszyscy dziwili się, że wleźliśmy na Kjeragbolten, mówili, że to niebezpieczne, pytali, czy są barierki, czy ktoś tego pilnuje, różnymi epitetami nas nazywali. Nie ma barierek, nikt nie pilnuje, tłum ludzi chce tam wejść, a co najlepsze – ponoć nikt jeszcze stamtąd nie spadł. Jeśli tylko nie oglądasz się za siebie, to wcale nie jest takie straszne. Gorzej, jeśli jednak odwrócisz głowę, a pod sobą zobaczysz 1000 metrową przepaść i chabrowy fjord – zawrót głowy murowany. A już w ogóle najgorzej, jak pokonasz swój ogromny lęk wysokości i wleziesz, a Twoja dziewczyna zrobi Ci takie zdjęcie.
Perspektywa to jednak ważna rzecz.
10-15 minut drogi wyżej od Kjeragbolten jest platforma widokowa. Naprawdę warto sprężyć się jeszcze trochę i tam pójść. Stamtąd odbywają się skoki basejumpowe. My akurat nie widzieliśmy żadnych skoczków, spotkaliśmy jednak grupę Polaków, którzy takie oto mają hobby:
Kjerag jest przemiłą koniecznością na trasie zwiedzania Norwegii. Można zrezygnować z Drogi Trolli, której brak zrekompensuje nam dojazd o Kjeragu. Można, a nawet polecałabym, zrezygnować z Drogi Atlantyckiej, która jest grubo przereklamowana – zdecydowanie lepsze mosty są na Lofotach. Można darować sobie najdłuższy w Europie dwudziestokilkukilometrowy tunel, bo tuneli w Norwegii są ilości takie, że potrafią się znudzić. Nie można jednak odpuścić sobie Kjeragu, bo tego nic później nam nie zrekompensuje. I nie mam na myśli samego kamola Kjeragbolten, bo ten jest jedyne kropką nad i. Chodzi o całą wyprawę – od dojazdu pod schronisko, przez wędrówkę, po widoki na górze. To Norwegia w pigułce.
Kemping rodem z lat 80-tych – nic się od tamtych czasów nie zmieniło. Położony na terenie wielkiego ośrodka wypoczynkowego, w sosnowym lesie, co pewnie jest plusem w upał, minusem jednak pod tym względem, że ciężko znaleźć sygnał satelitarny.
Pod względem infrastruktury szału nie ma – toalety i prysznice są i mają się dobrze od jakichś 30 lat, kiedy je tu zamontowano. Prysznic płatny. Do obsługi kampera udogodnień brak.
Plusem jest fakt, że na terenie kompleksu jest plażka tuż nad Zalewem i port, więc można sobie łódki pooglądać, siedząc na zielonej trawce. Zdecydowanie najmocniejszą stroną ośrodka Wodnik jest smażalnia ryb, w które serwują naprawdę dobre i świeże ryby, i prawdziwie polskie, ogromne schabowe
z ziemniakami.
Tuż przy bramie wjazdowej wjedzie ścieżka rowerowa, którą można sobie pognać na niełatwą wycieczkę wokół Zalewu.
Ceny w porządku – za kampera 30zł z prądem +10 zł osoba.
O tej części Polski naszym okiem przeczytasz tu:
Wiele razy mijaliśmy Spremberg w drodze nad nasze ulubione Senftenbergersee albo Partwizersee. Aż nareszcie znak z dumnym hasłem „Spremberg – perła Łużyc” zaprowadził nam tamże.
Przeszliśmy po miasteczku nie wiedząc o nim nic. Pojedyncze zabytki, kilka starych kamieniczek i średniowieczne rynny ściekowe na środku niektórych uliczek kazały nam sądzić, że jakąś historię Spremberg ma. Niewystarczającą jednak do tego, żeby jakoś szczególnie zapadł w pamięć albo, żeby chciało się tu przyjechać raz jeszcze.
Internet podaje, że głównym zabytkiem miasta jest zamek, w którym znajduje się m.in. Das Niederlausitzer Heidemuseum (pol. Dolnołużyckie Muzeum Pogaństwa) i wieża Bismarcka zbudowana w 1903 r. Nam się podobała tama na rzece, wielki, ceglany budynek i ukryty gdzieś na skwerku między blokami stary kościół z cegły.
Położony nad bardzo żółtą w tym miejscu Szprewą Spremberg (dolnołuż. Grodk) liczy ok. 25 tysięcy mieszkańców i widać, że jest to miasto leżące w byłym DDR. Jasne, że wygląda lepiej niż tysiąc polskich miast jego wielkości, gorzej jednak niż leżący całkiem blisko Senftenberg, który to właśnie powinien być rzeczoną „perłą”.
Położony na północnym wschodzie wyspy Fehmarn, przy miejscowości Altenteil, kemping Fehmarnbelt umiejscowiony jest praktycznie na plaży, na grobli między morzem a rozlewiskiem. Sąsiaduje z kempingiem Am Belt, który jest po jego prawej stronie.
Kemping upodobali sobie surferzy, dzięki którym panuje tu bardzo swobodny klimat. Nie ma ściśle wydzielonych parceli, ale przy każdym stanowisku jest prąd i woda.
Ze względu na położenie – niemal na cyplu, otoczony wodą, płasko – jest tu dość wietrznie. Wokół kempingu piękne tereny do spacerów, obserwowania morza i ptaków. Do najbliższej miejscowości – Altentail – kilka kilometrów. Takie trochę odludzie, ale to zdecydowana zaleta kempingu – wystarczy wyjść poza jego teren, żeby znaleźć się na przypominającej sawannę wielkiej łące tuż nad morzem i kompletnie wyciszyć, jednocząc się z przyrodą
Na terenie kempingu jest mała knajpka i sklepik z podstawowymi produktami.
Cena: za dwie osoby dorosłe z prądem 23 euro + 1 eur za os. opłata klimatyczna
strona kempinguO naszym weekendzie spędzonym na wyspie Fehmarn przeczytasz tu:
Kwiecień 2015
Nazwa wywodzi się ze słowiańskiego słowa “fe mer”, oznaczającego ”leżący w morzu”. To trzecia pod względem wielkości niemiecka wyspa na Morzu Bałtyckim. Na wyspie mieszka niecałe 13 tys. mieszkańców, z czego ok. 6 000
w mieście Burg auf Fehmarn. Długość wyspy to około 16 km, a szerokość 13 km. Długość linii brzegowej to około 78 km. Jest jednym z najbardziej nasłonecznionych miejsc w tej części Europy – słońce świeci tu aż 1920 godzin w roku.
Południowa część wyspy to szerokie plaże, północne wybrzeże wyspy to głównie piaszczyste wydmy i mierzeje, a wschodnie jest kamieniste i klifowe. Wyspa jest płaska – najwyższe punkt mierzy 27,2 m, co zachęca do długich wycieczek rowerowych, często niestety pod wiatr, bo jest tu tak samo wietrznie jak płasko. Nie bez kozery wyspa zdobyła międzynarodową renomę w środowisku surfingowym. Corocznie odbywają się tu regaty kiteboardingu KiteSurf-Trophy, a kempingi wypełnione są surferami od marca do października.
Również ze względu na wiatr, na wyspie jest umieszczona jedna z większych elektrowni wiatrowych w Niemczech.
Południowy kraniec jest od roku 1963 połączony z lądem za pomocą mostu Fehmarnsund, a droga promem z Fehmarn do Danii jest najkrótszą, jaką można dostać się do Kopenhagi. Sama wyspa wygląda jakby przypadkiem znalazła się w granicach Niemiec – zabudowa mieszkalna na Fehmarn bezpośrednio kojarzy się z Danią.
W 1975 roku na wyspie został utworzony rezerwat ptactwa wodnego Wallnau. Obszar o powierzchni 300 ha znajdujący się na zachodnim brzegu wyspy jest miejscem lęgowym i ochronnym dla ptactwa wędrującego, i należy do najcenniejszych pod względem ekologicznym regionów Niemiec Północnych. Istniejąca tam sieć kanałów, łąki i stawy sprawia, że jest to idealne miejsce lęgowe dla około 80 gatunków ptaków.
6 września 1970 roku Jimi Hendrix wystąpił na tutejszym festiwalu (Isle of Fehmarn Love & Peace Festival), był to jego ostatni koncert. Od tej pory co roku organizowany jest festiwal na cześć tego muzyka.
O Wielkanocy, którą spędziliśmy na wyspie Fehmarn, przeczytasz tu:
Český Krumlov to urocze, gwarne, kosmopolityczne miasto z unikalną atmosferą. Przytulne gospody, kawiarnie i średniowieczne tawerny trafią w gusta zróżnicowanych turystów z całego świata. Jakkolwiek zimowa wizyta w Českým Krumlovie ma swój urok, zapewne najpiękniej jest tu na wiosnę i latem, kiedy kamienne uliczki i bulwary Wełtawy rozbrzmiewają gwarem toczącego się życia.
Český Krumlov leży na południu Czech, nad brzegami wijącej się w tym miejscu Wełtawy, wokół pochodzącego z XIII wieku zamku. Jest on drugim, co do zajmowanej powierzchni, zamkiem w Czechach (po praskich Hradczanach).
Swój dzisiejszy wygląd miasto zawdzięcza panowaniu rodu Rožmberk (1302 – 1602), który wybrał Český Krumlov na siedzibę swojego królestwa. W tym czasie, miasto leżało na przecięciu szlaków między Czechami, Austrią, Bawarią i Północnymi Włochami. Wpływy tych różniących się od siebie kultur widoczne są w architekturze Starego Miasta i na zamku – mieszają się w Krumlovie elementy gotyku, włoskiego renesansu, baroku.
Český Krumlov to nie tylko historia – to również miasto sztuki i kultury. Znajduje się tu najstarszy zachowany teatr barokowy na świecie, niezmieniony od 1766 roku, z zachowanymi do dziś kulisami, kurtyną, kostiumami i oświetleniem, Centrum Sztuki Egona Schielego, ulokowane w budynku dawnego miejskiego browaru z 1605 roku, Międzynarodowa Galeria Sztuki (zdj. nr 5), muzea, galerie, sklepy z rękodziełem. Odbywa się tu wiele festiwali muzycznych i teatralnych, organizowane się turnieje rycerskie, spływy drewnianymi tratwami po Wełtawie, nocne wyprawy po mieście, degustacje piwa w lokalnym browarze czy konkursy kulinarne.
Český Krumlov to przykład małego, średniowiecznego miasteczka, rozwijającego się bez przeszkód przez pięć wieków, dzięki czemu do dziś zachowało się nienaruszone dziedzictwo architektoniczne. W 1992 roku zabytkowe centrum miasta, na które składa się aż 300 historycznych budowli, zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Opływająca Krumlov Wełtawa i mostki łączące leżące na różnych brzegach części miasta, tworzą wrażenie, jakby było ono wyspą. Malownicze położenie u podłoża gór, kolorowe, pokryte malowidłami mieszczańskie kamieniczki, brukowane wąskie uliczki, placyki i górujący nad miastem wielki zamek sprawiają, że odwiedzając miasto, momentalnie przenosimy się w czasy średniowiecza.
Więcej o Českým Krumlovie oraz austriackim Linzu i Salzburgu:
Kiedy rzucisz w towarzystwie hasło „Toruń”, 80% reakcji to: „koniecznie idźcie na naleśniki do Manekina!”. Poddani presji, poszliśmy.
Kilkadziesiąt rodzajów naleśników do wyboru sprawia, że nawet ludzie z ambiwalentnym stosunkiem do tej potrawy znajdą coś dla siebie. I będzie im smakowało.
Fenomen tej knajpy polega na tym, że jest tanio, prosto i po prostu smacznie. No i ładnie, bo to też ważne. To dlatego filie Manekina znajdziemy nie tylko w Toruniu, gdzie są aż trzy, ale też w Bydgoszczy, Opolu, Poznaniu, Łodzi, Warszawie i Gdańsku. Kiedy w Zielonej Górze?
Więcej o Toruniu w relacji:
Grudzień 2014
Duży, strzeżony parking pod kościołem św. Katarzyny przy Placu św. Katarzyny w Toruniu. 200 m od Rynku Nowomiejskiego, 500 od Staromiejskiego. Doskonała lokalizacja. Oceniłabym na 5 gwiazdek, gdyby były budki z prądem – wtedy byłby to bez mała standard europejski.
30 zł za dobę, każda kolejna godzina + 1 zł. Dzwony w niedzielę nie przeszkadzają aż tak bardzo. Szlaban zamyka się za wcześnie, jednak parkingowy ma temat obcykany i pomaga wyjechać bez szkód.
Więcej o Toruniu przeczytasz we wpisie:
Grudzień 2014Warto odwiedzić to miejsce przy okazji wizyty w Toruniu. Można tu kupić masę ślicznych drobiazgów i nie tylko drobiazgów, większych i mniejszych dzieł sztuki, wykonanych przez niepełnosprawnych wychowanków fundacji Feniks. Zysk ze sprzedaży przeznaczany jest na zakup materiałów dla twórców – farb, płócien, drewna itp.
Sama Galeria jest urocza, podobnie jak witający odwiedzających Pan w białym fartuchu malarskim. Najbardziej mnie urzekło, kiedy zapytał, gdzie pojadą obrazy z aniołami, które kupiliśmy, bo autorzy często pytają o dalsze losy swoich dzieł. Poniższe cieszą nasze oczy w Zielonej Górze.
Galeria mieści się przy ulicy pod Krzywą Wieżą 1, czyli tuż obok Krzywej Wieży, wybudowaną ponoć w ramach kary przez krzyżaka, który złamał reguły zachowania czystości narzucane przez zakon i spotykał się z mieszczanką. Dziś wieża jest swoistym „testem prawości”, na którą dowodem ma być umiejętność utrzymania równowagi stojąc na palcach tyłem do jej krzywego muru.
Strona Galerii PrzydasięWięcej o gotyckim Toruniu przeczytacie we wpisie:
Grudzień 2014
Hacı Memis Mah. 8000. Sok. No:28/1 Alacatı, 35937 Alacati, Turcja
Piękny, butikowy hotel w stylu modern Bizancjum. Położony nad małą zatoczką przypominającej niebieskie jezioro i brak otwartego morza to jedyne malusie rozczarowanie.
Hotel położony jest 3 km od starego miasta Alaçati i tuż przy porcie. Prywatna plaża, o której można przeczytać w opisie hotelu, to skrawek placyku wysypanego piaskiem i zejście do morza po drabince. Nam w listopadzie więcej nie trzeba było, jednak szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie wypoczywać tu w sezonie.
Listopad nie jest miesiącem, kiedy hotele w typowo plażowych miejscowościach mają pełne obłożenie. Wręcz przeciwnie, tylko nieliczne pozostają otwarte. Dlatego jest to idealny czas dla dzikusów, dla których więcej niż czworo ludzi to już tłum. Właściciel obiektu był bardzo zdziwiony, kiedy na jego przepraszające wyjaśnienia, że jest poza sezonem, dlatego nie ma imprez, ludzi i woda w basenie nie podgrzana odpowiedzieliśmy, że właśnie o to nam chodziło.
Udogodnienia:
– baseny: jeden wewnętrzny i dwa zewnętrzne;
– hamam – początkowo nie rozumiałam, o co chodzi – ni to sauna, ni to ciepła łazienka. Do czasu, jak położyłam się na rozgrzanym marmurze i Marcin zaczął polewać mnie ciepłą wodą. Trzy razy Orfeusz zabierał mnie ze sobą i z trudem oddawał. Jedne z piękniejszych drzemek w życiu. Aż mi się nos nie zatkał i trzeba było wstać;
– sauna fińska – 80 stopni, obok basen z zimną wodą;
– stół do masażu za kotarami + oliwki + kadzidła + rozgrzane kamienie;
– dobrze wyposażona sala fitness z bieżniami i telewizorem nadającym wyzywające jak na dominującą w Turcji religię teledyski.
Niewątpliwym atutem hotelu jest jego nieustannie uśmiechnięty uśmiechem nr 10 właściciel, dbający o gości jak gospodarz w swoim własnym domu – na początku oprowadził nas po całym hotelu podkreślając kilka razy, że wszystko jest do naszej dyspozycji i przychodził podczas śniadania, dopytując, czy wszystko dobrze i czy czegoś potrzebujemy. Fajnie jest czuć się jak gość honorowy, kupił nas bez dwóch zdań. Pokazał nam też oszklony ogród zimowy z widokiem na zatoczkę, który zgodnie z zapewnieniami, że wszystko jest do naszej dyspozycji, przywłaszczyliśmy na dwa wieczory.
Cała nasza czwórka była zachwycona hotelem Antmare. Jednak zgodnie przyznaliśmy, że tak samo, jak byliśmy nim zachwyceni w listopadzie, bylibyśmy rozczarowani w sezonie, kiedy człowiek leży na człowieku, a impreza goni imprezę. Jak nie raz powtarzałam – wszystko to rzecz gustu. Bo nie to fajne to, co fajne, ale to, co się komu podoba.
Strona domowa hotelu:
WWW
Więcej o hotelu, Alaçati, Izmirze i okolicach w relacji z listopada 2014 r.:
Alaçatı (lub, z greckiego, Alatsata) to miasteczko nad Morzem Egejskim, oddalone o 80 km od Izmiru, a ok. 5 od kurortu Çesme, znane z pięknych greckich domków, winnic i wiatraków. Teraz jest jedną z mekk windsurfingu i kitesurfingu, i wraz z ponad 100-letnimi greckimi domkami, wąskimi uliczkami, butikowymi hotelami i restauracyjkami ze stolikami powystawianymi na zewnątrz, jednym z najbardziej autentycznych miejsc w Turcji. Starówka, w całości uznana za zabytek, jest bardzo dobrze zachowana, a nowe budownictwo zachowuje istniejącą stylistykę.
W listopadzie spacer po Alaçati jest czystą przyjemnością, w sezonie z kolei miasteczko pełne jest izmirskiej śmietanki towarzyskiej, a nocne kluby nad wybrzeżem czynne są do wczesnych godzin porannych. Znajduje się tu port ze stylową zabudową, mnóstwem luksusowych jachtów i jachcików, i równie luksusowymi restauracjami.
Do lat 20. XX wieku Alaçati zamieszkane było przez Greków, którzy musieli się stąd wyprowadzić po wojnie grecko-tureckiej i podpisaniu traktatu z Lozanny, którego efektem była zmiana granic obu państw i przymusowa wymiana ludności.
Miejsce z klimatem.
Na znakach kierujących na kemping dołączono adnotację: the last camping before Athens (ostatni kemping przed Atenami). Gdyby nie ta informacja, pojechalibyśmy pewnie dalej, pozbawiając się możliwości ostatniego w tym roku plażowania.
Kemping prowadzony jest przez parę Polaków, którzy naszym polskim zwyczajem, na pytanie: „i jak się żyje?”, odpowiedzieli (tu cytat): „ch****o”. 10 lat w słonecznej Grecji to za mało, żeby wyplenić z siebie narodową cechę widzenia szklanki do połowy pustej.
Mimo to, co rodak, to rodak – mogliśmy zostać na kempingu do wieczora nie dopłacając za kolejne pół doby.
W czasie naszego pobytu, a było to w połowie września, na kempingu spotkaliśmy może 7 osób, o różnych porach dniach wynurzających się ze swoich przyczep. Byli to stali bywalcy, zakotwiczeni tu zdecydowanie na dłużej. Od razu poczuliśmy się jak u siebie, dostosowując się do panujących zasad, a tak naprawdę do jednej: odpoczywaj. W pobliżu nie ma żadnego miasteczka, do którego można by się przespacerować, a na kempingu nie ma minimarketu (zakupy trzeba zrobić wcześniej). Nic człowieka nie rozprasza, można się oddać całodniowej sjeście.
Warunki sanitarne na kempingu Glaros określiłabym jako średnie. Oczywiście, wszystko, czego kempingowiec potrzebuje*, było zapewnione, jednak prysznic wolałam brać w kamperze.
Prysznice są płatne dodatkowo, a ceny, mimo września, nie spadły – zapłaciliśmy ok. 20 EUR za dobę.
* oprócz śmietników – wszędzie wisiały znaki: throw your rubbish outside the camping (wyrzuć śmieci poza kempingiem).
Na pewno nie jest to kemping z wyższej półki, jeśli chodzi o zaplecze. Zdecydowanie wysuwa się za to na prowadzenie, jeśli chodzi o atmosferę, której potrzebowaliśmy na te 2 ostatnie dni – cisza, spokój, nikt się nie wtrąca, bo nikogo nie ma, morze pod nosem i gotowanie bezpośrednio na plaży. Tym się różnią kempingi wyższej klasy od tych gwiazdkowo słabszych, podobnie jak hotele zresztą – w tych pierwszych się spinasz i ciągle zastanawiasz, co wypada, a co nie, w tych drugich robisz, co dusza zapragnie i chodzisz cały dzień w stroju kąpielowym.
Spędziliśmy tu ostatnie dni naszego tripu po Peloponezie. Byliśmy naładowani słońcem i greckim luzem, a w tym stanie mało człowiekowi przeszkadza i poziom czepiactwa spada do minimum. Jednakże, mimo, że świetnie się tu czuliśmy, gdzieś w czeluściach mózgów opracowaliśmy plan naprawczy kempingu Glaros, który takich działań wymaga.
Epidauros to starożytne greckie miasto w Argolidzie na Peloponezie nad Zatoką Sarońską, obecnie stanowisko archeologiczne w miejscowości Ligurio w gminie Epidawros.
W Epidauros od VI wieku p.n.e. do IV wieku n.e. istniało najsłynniejsze sanktuarium Asklepiosa (Asklepiejon), czyli takie nasze sanatorium dla ciała i ducha.
Asklepios był synem Apollina i nimfy Koronis. Koronis zanim urodziła dziecko związała się z innym mężczyzną. Rozgniewany Apollo zabił kochanków. Szybko jednak pożałował gniewu i uratował z łona martwej Koronis Asklepiosa. Heros ten wychowywał się u centaura Chirona gdzie poznał tajniki sztuki lekarskiej. Potem bez reszty poświęcił się uzdrawianiu i leczeniu, a jego symbolem stał się wąż. Asklepios poznał sposoby wskrzeszania umarłych, ale gdy zaczął z tym przesadzać Zeus piorunem wyprawił go do świata umarłych.
Większość turystów przyjeżdża tu dla najlepiej zachowanego greckiego teatru z 52 rzędami siedzeń, zbudowanego około 300 r. p.n.e., który mógł pomieścić 14 tysięcy widzów i gdzie co 4 lata odbywały się agony sportowo-dramatyczne zw. Asklepiami. Współcześnie teatr wciąż jest w użyciu – w ramach Festiwalu Ateńskiego w każdy letni wieczór w piątki i soboty wystawiane są tu klasyczne dramaty – przede wszystkim Sofoklesa, Eurypidesa i Ajschylosa. Obejrzenie greckiego dramatu w takim miejscu jak amfiteatr w Epidauros to jedno z moich marzeń.

Widownia teatru jest fenomenem akustycznym. Każdy dźwięk powstały w centralnym punkcie sceny jest dobrze słyszalny na całej widowni, bez względu na miejsce zajmowane przez widza. Zjawisko szczególnie korzystnej akustyki budowli jest przedmiotem badań naukowców.
Na temenos w Epidaurusie, czyli nietykalny obszar poświęcony bóstwu albo przeznaczony do celów kultu, składają się takie budowle jak propyleje, świątynia Asklepiosa, czy świątynia Artemidy. Jednak najciekawsze historie związane są z tolosem i abatonem.
Funkcja tolosa z marmuru jest niejasna. Najciekawsze wyjaśnienie przeznaczenia tej budowli jest takie, że do tolosa, wyglądającego jak labirynt, wpuszczano jadowite węże, a następnie wchodził tam kuracjusz leczący się na choroby psychiczne. Uciekając przed wężami automatycznie zdrowiał.
Druga frapująca budowla to abaton – sypialnia dla pacjentów oczekujących cudownego uzdrowienia podczas snu.

Kapłani z Epidaurusu uznawani są za pionierów psychoterapii. Pacjent najpierw poddawany był oczyszczeniu. Spędzał noc w specjalnie przygotowanym pomieszczeniu, następnie opowiadał sen kapłanom. Oni go interpretowali i na tej podstawie zalecali kurację.
Na ścianach abatonu widnieją opisy snów pacjentów. Ilekroć spała tam kobieta, momentem kluczowym snu było przyjście muskularnego adonisa, który dotknięciem dłoni niczym magiczną różdżką leczył pacjentkę z wszelkich dolegliwości, a kobieta chora na bezpłodność natychmiast zachodziła w ciążę. Ilekroć spał tam mężczyzna, śniły mu się roje pieszczących go eterycznych nimf. Wszelkie choroby jak ręką uciął.
Przeszło nam przez głowy, że współcześnie też mamy takie przybytki, jednak nikt nie przypisuje im leczniczych właściwości. Może należałoby?
Wokół świątyni Asklepiosa i wzdłuż świętej drogi, znajdowały się półkoliste eksedry, czyli otwarte, półokrągłe siedzonka dla kuracjuszy, pomniki wotywne i stele z opisami cudownych uzdrowień. Musiało tu być bardzo ładnie.
W najbliższym sąsiedztwie okręgu zbudowano liczne budowle użytkowe – co to za leczenie bez dbania o kondycję i rozwój umysłowy:
Spacerując po Epidaurusie warto zastanowić się, w jakim stopniu dzisiejszej sanatoria przypominają te starożytne. Można znaleźć wiele cech wspólnych.
To przepiękne miasto wkomponowane w skałę, nazywane jest Gibraltarem Wschodu. Nazwa pochodzi od zwrotu moni emvasis („jedno wejście”), bowiem ze stałego lądu do miasta można dostać się wyłącznie przez jedną bramę, wcześniej przechodząc przez groblę łączącą skałę ze stałym lądem (obecnie przez most).
Monemwasia została założona w 583 roku przez mieszkańców północnej Grecji szukających schronienia przed ludami słowiańskimi i Awarami, które masowo napływały z północy. Począwszy od X wieku miasto zaczęło pełnić rolę ważnego portu morskiego. Dzięki strategicznemu położeniu na trasie szlaków morskich łączących Włochy z Morzem Czarnym oraz własnej flocie handlowej, port ten bardzo szybko rozwinął się i wzbogacił czerpiąc dochody głównie z handlu. Oraz piractwa. W szczytowym okresie rozwoju mieszkało tu aż 50 tysięcy ludzi.
Po otwarciu Kanału Korynckiego w 1893 roku zmienił się układ szlaków handlowych, a Monemwazja utraciła znaczenie handlowe i strategiczne. Miasto zaczęło bardzo szybko wyludniać się. Okazałe gmachy popadły w ruinę.
Miasto składa się z dwóch części – Dolnego Miasta oraz wznoszącego się na 300-metrowej skale Górnego Miasta, z niezwykle malowniczymi przepaściami morskimi, od strony północnej. Nie jest widoczne od strony lądu.
Obecnie w Dolnym Mieście na stałe mieszka 10 rodzin. Pozostałe budynki mieszkalne to albo urokliwe hotele, albo letnie rezydencje bogatych Ateńczyków i Brytyjczyków, albo pozostają niezamieszkałe. W ostatnich latach rośnie liczba turystów odwiedzających miasto, wciąż jednak pozostaje ono podróżniczą perełką, której nie zdobywają wycieczki masowe. Prowadzone są prace konserwatorskie mające na celu odnowienie najważniejszych zabytków. Górne Miasto pozostaje niezamieszkane od 1911 roku i obecnie (2014) jest niedostępne dla zwiedzających z powodu renowacji. Dolne Miasto za to zachwyca, choć ciężko powiedzieć, że tętni życiem i o to chodzi. Jest spokojnie i niespiesznie. Taka nowoczesna wersja średniowiecza.
Monemwazja została rozsławiona również za sprawą słodkiego wina – małmazja. Miasto było głównym eksporterem tego trunku, który zdobył wielkie uznanie na dworach średniowiecznej Europy. Wino zrobiło karierę porównywalną do późniejszej sławy szampana (pytaliśmy o nie w jednym ze sklepików, kosztowało aż 50 EUR).
Więcej o Monemwazji w naszej relacji: Wrzesień 2014
O mały włos, a bylibyśmy ominęli. Czasem błahe rozmowy przy płaceniu za kemping sprawiają, że zmienia się plany i potem wcale nie żałuje. Odpowiedni ludzie, odpowiednie pytania, odpowiedni czas.
Na kempingu Gythion Bay właścicielka, zgreczona Niemka, powiedziała nam, że Sparta to jedynie niezbyt ładne miasto i kilka głazów poza nim, które kiedyś tworzyły starożytną Spartę. Za to położona kilka kilometrów dalej Mistra „is niiice”. Zatem – na Mistrę!
Mistra to ufortyfikowane miasto bizantyjskie położone na zboczach gór Tajget na Peloponezie. Dziś pełni funkcję ważnego ośrodka turystycznego. W roku 1989 zespół architektoniczny obejmujący fortecę, pałac, kościoły i klasztory został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Dzisiejsza Mistra dzieli się na dwie części – Anochora, czyli Górne Miasto i Katochora, czyli Dolne Miasto. Wspomniany wyżej zespół architektoniczny to Górne Miasto. Dolna część to Mistra dzisiejsza, zamieszkała, z pensjonatami, tawernami i targiem dóbr wszelakich, głównie chińskich.
Obie części dzieli wysokość 300 m, dlatego chcąc uniknąć wędrówki w górę szosą, radzę zwyczajnie podjechać do samego końca drogi i zostawić auto/kampera na jednym z dwóch sporych parkingów. My zostawiliśmy kampera w Dolnym Mieście i powędrowaliśmy, z obawy, że będzie problem z zaparkowaniem naszego domu. Nie ma żadnego problemu, spokojnie można jechać.
Górna Mistra to przepiękne miejsce, pełne strojnych bizantyjskich kościółków i klasztorów. Za czasów despoty Teodora I Paleologa, którego pomniki i popiersia stoją w wielu miejscach, miasto przejęło funkcję pełniące do tej pory przez Konstantynopol, nękany w tamtych czasach przez Turków. Znajdujący się tu pałac Wilhelma II był drugą rezydencją cesarzy bizantyjskich, a Mistra przez cały wiek XIV i pierwsze dekady XV stulecia stanowiła kulturalne i intelektualne centrum świata bizantyjskiego, przyciągając uczonych i teologów. Mieszkało tu aż 42 tysiące ludzi, co ciężko sobie wyobrazić chodząc po plątaninie wąskich, kamiennych uliczek.
W mieście zachowało się wiele charakterystycznych, bizantyjskich kościółków, każdy poświęcony innemu świętemu.
Mnogość rozmaitych świętych, świętych od wszystkiego (jest nawet święty od kurzajek), jaką można zaobserwować w Grecji, zwiedzając kościoły, kościółki i kapliczki, jest pozostałością po politeizmie. Każdemu z niegdysiejszych bogów i bożków w procesie przechodzenia na chrześcijaństwo, przyporządkowano świętego, o imieniu lub właściwościach zbliżonych do poprzednika. Takie rozwiązanie pozwoliło prostym ludziom połączyć towarzyszący im tysiące lat politeizm z koniecznością oddawania czci tylko jednemu Bogowi. „(…) Ustanowienie świętych zaspokajało potrzebę wielobóstwa i w rezultacie wiara chrześcijańska utrzymała wprawdzie niebiańską hierarchię, lecz stała się – jeśli nie w teorii, to przynajmniej w praktyce – wiarą w pewnym sensie politeistyczną (…).” P. L. Fermor Mani. Wędrówki po Peloponezie
W kościółkach można podziwiać kolorowe freski na ścianach i sufitach, przedstawiające sceny z życia świętych, wykorzystując jednocześnie okazję do odpoczynku przed upałem i mozolną wspinaczką w stronę kolejnych zabytków. Bo zwiedzanie Mistry, mimo niewątpliwych walorów estetycznych, nie należy do najłatwiejszych.
Miasto położone jest na zboczu góry i można wejść do niego wejściem dolnym lub górnym. Jeśli wejdziemy dolnym, najpierw będziemy się wspinać, żeby wrócić schodząc w dół; wchodząc wejściem górnym, najpierw będziemy schodzić na dół, żeby potem wrócić do góry. Tak czy tak, wysiłek, wzmocniony panującym we wrześniu upałem, jest wpisany w spacer po Mistrze. Nie dałam rady wspiąć się na sam szczyt, do ruin zamku, skąd ponoć rozpościera się przepiękny widok na okolice. Usiadłam pod platanem, tudzież cyprysikiem, i skapitulowałam. Przełom sierpnia i września to nie najlepsze miesiące na zwiedzanie upalnych krajów.
Jedynym zamieszkałym budynkiem w starej Mistrze jest klasztor Pantanassa. Mieszka tam 6 zakonnic z całego świata. Udało nam się chwilkę porozmawiać z jedną z nich, która szczęśliwie okazała się być Bułgarką, więc mogliśmy jako tako zrozumieć się nawzajem. Na pytanie, jak tu się żyje, z uśmiechem odpowiedziała, że spokojnie, tylko latem dzieje się więcej, bo przyjeżdżają turyści. Wracając zastanawialiśmy się, dlaczego ktoś dobrowolnie wybiera takie życie praktycznie w zamknięciu, gdzie każdy dzień wygląda niemal identycznie. Bez miłości, emocji, ludzi, podróży, marzeń… Ale i bez związanymi z nimi niebezpieczeństw. Sam na sam ze sobą i Panem Bogiem. I całą plejadą świętych.
Więc może nie do końca tak samotnie?
Dziwny kemping. Z pozoru nic ciekawego – do plaży kilkaset metrów, morze ledwo widać, stosunkowo daleko do centrum niezbyt ciekawej zresztą miejscowości Stoupa. Jednak my byliśmy zwyczajnie zmęczeni. Chcieliśmy usiąść, otworzyć wino i przez kilka godzin nie robić nic, najlepiej w ciszy, bez żadnych niemieckich rodzin z dziećmi wokół i przygotować się do zwiedzania Mani. Kemping Kalogria okazał się trafiony w dychę. O proszę, jak się Marciś ładnie bawił.
Tutaj nic nie trzeba. Nie trzeba iść nad morze, które, kiedy ma się do niego 5 metrów jak na dotychczasowych kempingach, wymaga odwiedzin. Nie trzeba iść do tawerny na kolację, bo nie ma żadnej w pobliżu. Nie trzeba się niczym przejmować, bo teren ogromny, miejsca dla każdego w bród (nie ma, co lubimy, wydzielonych parcel), a i współpkempingujący jacyś tacy inni niż do tej pory. Bardziej podróżniccy niż turystyczni. Wszyscy zdawali się być tu tylko na chwilę i ruszali dalej w trasę, tak jak my. Nikt nie budował tu domu wokół przyczepy – krzesło, stół i hamak co najwyżej, żeby szybko można było zwinąć i jechać. Widziałam za to namiot postawiony na dachu auta, a w nim wyluzowaną parę w wieku ok. 50-60 lat.
Duże łazienki, duże prysznice z ciepła woda oczywiście. Na terenie jest jakiś sklepik i jakaś tawerna, ale nie zachodziliśmy, nie wiem, co w środku.
Jeśli jednak wybierzecie się na plażę i akurat nie będzie to sierpień, będziecie zachwyceni. Raj. Woda, piasek, wszystko. W sierpniu sporo ludzi i równo poustawiane leżaki. My nie za bardzo lubimy, za to ten kolor wody… Chyba jeszcze ładniejszy niż w tureckim Oludeniz (zdjęcia autentyczne – nic nie podkolorowałam. TAM TAK JEST.)
Więcej o kempingu i półwyspie Mani w drugiej części relacji z Peloponezu:
Nazwa świątyni Bassai pochodzi od przysiółka o tej nazwie, nieopodal którego wznosi się świątynia. To rzadko odwiedzane stanowisko archeologiczne odległe jest o około 14km od miejscowości Adritsaina. Po raz kolejny czuję się w obowiązku ostrzec, że droga dojazdowa z Andritsainy i znad morza jest kręta, serpentynowata, wąska, stroma w górę i w dół. I bardzo przy tym wszystkim malownicza.
Świątynię zaprojektowano w taki sposób, aby reprezentowane w niej były wszystkie greckie porządki architektoniczne: dorycki, joński i koryncki i jest to druga najlepiej zachowaną świątynia w Grecji (po Hefajsteonie na ateńskiej agorze). Wznieśli ją ku czci Apollina (Apollona, Apolla) Epikuriosa mieszkańcy pobliskiej Figalei w podzięce za przetrwanie zarazy.
Budowla oczywiście jest na liście zabytków UNESCO i od 1982 roku trwają tu prace konserwacyjne, których końca nie określono. Do tej pory stanowisko osłonięte będzie ogromnym namiotem, nadającym miejscu futurystyczny wygląd. Wrażenie jest tym większe, że wokół namiotu skrywającego ten starożytny zabytek, są tylko góry, cykady i stada kóz wylegujących się na krętej szosie. W opinii wielu, jest to najwspanialej położona grecka świątynia. Jest też niezwykle wdzięcznym do zwiedzania obiektem, na co niemały wpływ ma prawie zupełny brak turystów, a już na pewno brak autokarów z wycieczkami objazdowymi. To dobre miejsce, żeby zastanowić, dlaczego ludzie zadawali sobie trud, żeby wznosić tak piękne świątynie, z taką dbałością o szczegóły, w tak trudno dostępnych miejscach. Albo po prostu pobyć w ciszy samemu ze sobą nieco bliżej nieba. Nieważne, że pod namiotem.
O świątyni Bassai i innych miejscach, jakie odwiedziliśmy w tej części Peloponezu przeczytacie tu:
Sierpień 2014
Szczegółowe informacje na temat świątyni dla znawców sztuki i architektury antycznej:
Świątynia BassaiTo mała górska wioska położona na granicy Arkadii z Mesenią, na zboczu góry Lykaion, oddalona 22 kilometry od Megalopolis i 46 km od Pyrgos. Zarówno dojazd do niej, jak i późniejszy powrót, nie jest łatwy i raczej dla wprawionych kierowców – drogi są wąskie, kręte i strome. Jadąc kamperem, trzeba tym bardziej wziąć to pod uwagę. Można się zmęczyć.
W samej Andritsainie zaparkować można na parkingu pod hotelem pod koniec wioski lub pod marketem przy samym wjeździe.
Legenda głosi, że pierwszym osadnikiem był pasterz, któremu właśnie tu zawieruszyła się owieczka. A że miejsce urokliwe, źródełko czystej wody miało, zbudował tu dom, nadając miejscu nazwę pochodzącym od imienia swojej żony, której imię z kolei pochodziło od jego imienia. A imię jego było Andrikos.
W przewodnikach przeczytamy, że Andritsaina to jedna z niewielu greckich wsi, gdzie czas się zatrzymał i życie płynie tak, jak płynęło kilkadziesiąt lat temu,
a przy wąskich uliczkach w kamiennych domach pełno jest kramów
i warsztatów, gdzie wytwarza się różnorakie rękodzieło. Niestety, kryzys tutaj też dotarł i sklepiki straszą pustymi witrynami i drzwiami zabitymi deskami, a na ulicach nie ma nikogo. Być może to kwestia pory dnia – sjesta to w Grecji rzecz święta. Takiej ciszy, jaka powitała nas w Andritsainie, nie słyszeliśmy ani nigdy wcześniej, ani nigdy później podczas peloponeskiego tripu.
Nie zmienia to faktu, że miejsce jest niezmiernie urokliwe. Kamienne domy, góry wokół, kilka tawern i kafejonów, kręte uliczki, parę pensjonatów i drzewo z kranikiem z czystą wodą. Idealne miejsce, żeby uciec przed zgiełkiem, nadmiarem bodźców, hałasem, gonitwą myśli i… ludźmi. Żeby poczytać, popisać i zagłębić się w siebie. Takie sanatorium dla psychiki i duchowości.
Dla wyjątkowo zmęczonych współczesnością, jest tu wiele domów w doskonałym stanie na sprzedaż. A te zamieszkałe, kiedy zajrzeć przez bramy na dziedzińce i ogródki, wyglądają jak z bajki. Bardzo cichej, sennej i pozbawionej akcji.
Nieopodal Andritsainy, po pokonaniu 17 kilometrów przez zagubione w górach cudne wioseczki (kręte, wąskie, strome drogi!) starożytni Grecy wznieśli na wzgórzu świątynię poświęconą Apollonowi, znaną dziś jako świątynia Bassai.
O Andritsainie przeczytasz również:
Sierpień 2014
Olimpia była w starożytności najsławniejszym miejscem kultu Zeusa. To tu, a dokładnie na starożytnych stadionie, za pomocą promieni słonecznych, rozpala się płomień olimpijski.
Znajdowało się tu sanktuarium poświęcone Zeusowi, wokół którego co 4 lata odbywały się igrzyska, zwane od tego miejsca olimpijskimi. Powstanie tego sanktuarium ocenia się na rok ok.1000 p.n.e (!), a pierwsze igrzyska to 776 rok p.n.e. Obecnie z sanktuarium zachowało się niewiele – kilka na nowo poustawianych kolumn i elementy pozostałych porozrzucanych wokół. A to wszystko strzeżone przez strażników i strażniczki, pogwizdujących na tych, dla których odruchem bezwarunkowym jest wleźć na każdy wielki kamień, choćby starożytny. Obgwizdano nas ze dwa, no, może 3 razy…
Wewnątrz świątyni znajdował się jeden z tzw. siedmiu cudów świata – posąg Zeusa dłuta legendarnego rzeźbiarza Fidiasza. Znawcy sztuki domniemują, że mógł wyglądać tak (posąg, nie Fidiasz):
Robi wrażenie.
Pierwszą świątynią wzniesioną w Olimpii była jednak świątynia Hery, której pozostałości wciąż są zauważalne.
Olimpia była jednym z najważniejszych dla wszystkich Greków miejsc kultowych. Znajdowały się tu takie obiekty, jak pracownia Fidiasza, Leonidajon (hotel dla honorowych gości), tzw. Filipejon, czyli świątynia Filipa II Macedońskiego, budowle administracji publicznej – buleuterion, prytanejon oraz obiekty sportowe, bo, jak wiemy ze szkoły, Grecy przywiązywali ogromną wagę do tężyzny fizycznej.
„(…)Zgodnie z antycznym ideałem człowiek powinien być kalos kai agathos, czyli piękny i dobry (…)”
Dziś odwiedzając sanktuarium, możemy pobiegać po starożytnych stadionie na 20 tys. widzów, co jest obowiązkowym punktem programu wszystkich zwiedzających, pochodzić po gimnazjonie, będącym protoplastą dzisiejszych centrów sportowych, palestrze, gdzie trenowano zapasy, czy łaźniach, które kochali wszyscy starożytni i które kocham ja.
W Olimpii znajdowały się również skarbce różnych miast greckich i pomniki zwycięzców.
Proszę, jak było pięknie:

http://www.polskieradio.pl/128/2235/Artykul/666067,Cesarskie-edykty-i-bokser-na-tronie-czyli-koniec-igrzysk-starozytnych
Stanowisko archeologiczne w Olimpii oczywiście zostało wpisane na Listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Trzeba się liczyć, że będziemy jedną z miliona mróweczek, obłażących rokrocznie starożytne ruiny.
Więcej o Olimpii przeczytacie w pierwszej części relacji z Peloponezu: Peloponez część 1.
Kemping rokrocznie zgarniający nagrody mistera kempingów organizacji ACSI. 99% gości to niemieckie rodziny z dziećmi w przyczepach zakotwiczonych na stałe. Fajne miejsce na wyluzowanie się i zabawy w morzu. Pontonem można dopłynąć na dwie dzikie plażki prawie bez ludzi.
OTOCZENIE
Oddalony ok. 3 km od ładnej, portowej Finikoundy. Spokojnie można karnąć się rowerem szeroką asfaltówką. Obok kempingu mały bar z napojami i fast foodem i tawerna.
INFRASTRUKTURA
Jak na większości greckich kempingów, jest tawerna z lokalnymi specjałami, sklepik (raczej słabo wyposażony, po poważniejsze zakupy trzeba jechać do Finikoundy), wielkie lodówy dla namiotowców, internet.
PARCELE
Rozmieszczone wzdłuż kilku równoległych alejek, ciasne, z bocznym widokiem na morze. Z lewej sąsiad, z prawej sąsiad, na przeciwko sąsiad. Widzisz, co jedzą, słyszysz, że mówią. Nie wiesz co, bo po niemiecku, ale kilka słów do wychwycenia (halt, schiessen, schnell, Deutschland, uber, ales). Jak zamknęłam oczy, czułam się jak nad Senftenberger See.
PLAŻA
Tuż przy kempingu, piaszczysta, dość szeroka. Woda, oczywiście, niebieska:)
O kempingu Loutsa przeczytasz w naszej relacji:
Sierpień 2014
Pierwszy kemping i już strzał w dziesiątkę.
Żeby na niego trafić, trzeba zjechać z głównej drogi i przez kilkanaście kilometrów ma się wrażenie, że nie dojedzie się nigdzie. Mijamy maleńkie miasteczka i pola uprawne, zjeżdżamy z góry krętą, wąską i malowniczną drogą i trafiamy na kemping. Zakupy radzę zrobić wcześniej, jeśli nie chce się być skazanym na wyższe niż normalnie ceny w markecie kempingowym. Wokół kempingu jest niewiele, a nawet bardzo niewiele. Do najbliższej wioseczki z dwiema tawernami trzeba się wspiąc kilka kilometrów w górę. W miarę zagłębiania się w Peloponez zauważyliśmy jednak, że najlepsze kempingi, czyli takie z własną plażką, są raczej poza miejscowościami. Coś za coś.
PARCELE
Kemping podzielony jest na wyznaczone, niewielkie parcele, rozmieszczonych w kilku, zbliżających się do plaży rzędach. Najlepsze, oczywiście zajęte co do jednej miejscówy, leżą na maleńskiej plażowej wydmie – trochę przypomina to kemping na Helu. Ale tylko trochę.
INFRASTRUKTURA
Na terenie Melissy jest restauracyjka czynna w godzinach 18:30-21:30-, co jest o tyle ważne, że kiedy byliśmy nareszcie gotowi, żeby coś zjeść (ja po kąpieli i wysmarowaniu pachnącymi specyfikami, Marcin po drzemce na hamaku i w czystej koszulce), była właśnie 21:30, więc poszliśmy do innej tawerny, tuż nad naszą plażką, w której dawali jeść dłużej.
Na kempingu jest wszystko, co być powinno, łącznie z marketem i lodówami dla namiotowców.
PLAŻA
Piaszczysta, łagodne zejście do morza. Minusem jest fakt, że plaża jest wąska, ale pisząc te słowa grzeje sobie stopy farelką i opatulam się swetrem. Teraz ta wąska plaża jawi mi się jako rajska idylla i oddałabym wiele, żeby znaleźć się na niej ponownie.
INFRASTRUKTURA
Na kempingu Melissa jest wszystko – sklep, bar, tawerna, druga tawerna na plaży tuż przy kempingu, boisko do siatkówki plażowej, parasole na plaży, pralnia, całe zaplecze do obsługi kampera.
PARCELE
Parcele są różnej wielkości i różnie położone – w cieniu, w słońcu, na uboczu, w centrum, daleko od plaży, prawie na plaży. Te ostatnie są, wiadomo najlepsze i wiadomo – zajęte, zwłaszcza w sierpniu. We wrześniu na pewno luźniej.
Dla nas niewątpliwym plusem kempingu jest właśnie jego położenie – z dala od turystycznych konglomeratów i skupisk, na przepięknym przylądku, tuż przy długiej piaszczystej plaży.
www kempinguO kempingu Mellisa Beach przeczytasz w naszej relacji:
Sierpień 2014
Na kemping przyjechaliśmy w deszczu. Padało, lało, siąpiło i zacinało. Znacząco utrudniło to zachwycenie się morzem na horyzoncie i przestrzenią wokół. Jednak po kilku sekwencjach jogicznego powitania słońca, chmury rozstąpiły się i nasze lica ogrzały pierwsze tego dnia promienie. Wtedy zobaczyliśmy, jak tu jest, kurka, pięknie.
Kemping położony jest na wydmie, do plaży prowadzą schodki. Jest bardzo rozległy, przestrzenny, mało zadrzewiony, dzięki czemu rozpościera się
z niego piękny widok na morze, ale przez co wieje. Należy do sieci kempingów pod nazwą Knaus rozlokowanych na terenie Niemiec i Holandii. Ich wygląd i ceny są zestandaryzowane. Dzięki temu za wysoki standard płacimy niewiele – za 4-osobową rodzinę bez prądu zapłaciliśmy 16 EUR/ noc.
Prysznice są dodatkowo płatne oczywiście. W recepcji płaci się 3 EUR i dostaje się token, a na nim nabite nasze 3 euracze. Jak się skończą, trzeba iść do recepcji i załadować. Jeśli nie wykorzystamy wszystkiego, oddadzą nam przy rozliczeniu.
Na terenie kempingu :
Plaża długa, można pobiegać, miejscami kamienista, miejscami piaszczysta. Płycizny w morzu, bezpiecznie dla dzieciaków.
Tuż przy kempingu przebiega malownicza i dość łatwa droga rowerowa wiodąca na Przylądek Arkona (8 km).
Bardzo nam się tu podobało. Naprawdę bardzo.
WWWGłówną zaletą tego kempingu jest jego bliskość do Parku Narodowego Jasmund, w którym znajdują się przepiękne klify – kilka kilometrów leśną drogą rowerową. Druga zaleta to panujący tu spokój. I na tym listę zalet bym zamknęła.
Krüger Naturcamping położony jest na uboczu. Dzieli się na dwie części:
I. Pierwsza tuż przy recepcji pomieści kilka, może kilkanaście kamperów. Są tu toalety, ale do pryszniców trzeba przejść się do drugiej części. W recepcji sklepik z podstawowymi artykułami (bułki, mleko, wino).
II. Druga część oddalona jest o jakieś 200 metrów w głąb lasu. Zacieniona, w zasadzie w lesie, trochę ponura. Tu są prysznice (płatne, jesteśmy w Niemczech), kuchnia, bar i zaplecze do obsługi kampera/przyczepy (zrzuty, pobór wody itd) oraz knajpka z telewizorem.
Prawdą jest, że z kempingu widać morze, ale jest one oddalone kilka kilometrów. Tuż przy kempingu trawiaste boiska do siatkówki i piłki nożnej.
Właściciel nie mówi po angielsku i jest panem na włościach – jednemu z gości, który trąbnął, aby mu otworzyć szlaban odpowiedział, że jedyną osobą, która może tu trąbić jest on sam.
Oceniłabym kemping wyżej, gdyby nie jego cena i brak elastyczności. Za jedną noc zapłaciliśmy 3o EUR (2+2), a za late check-out chciano nam policzyć jak za pół doby.
Swoją drogą, wkurzająca jest ta zasada wykwaterowania o 11:00 obowiązująca na większości kempingów. Nie zostawiamy po sobie brudnego pokoju przecież. Zrozumiałe, jeśli tłok panuje niemiłosierny i na miejsce wyjeżdżającego od razu przyjeżdża następny, ale tu tłoku nie było. Dlatego tylko dwie gwiazdeczki.
Mimo to, miło zapamiętamy kemping Krugera. To tu dziewczyny rozegrały pierwszą w życiu partyjkę szachów. I to tu nawiązały znajomość z rezolutną 4-letnią Niemką, z którą całkiem dobrze nam się rozmawiało. Powiedziała nam, że deszcz musi padać, bo kwiatki tego potrzebują. Jakże proste, jakże prawdziwe, jakże uspokajające.
Strona wwwKemping Kruger pojawił się w II części relacji z Rugii:
Lipiec 2014
Są dwa stellplatze o tej samej nazwie. Jeden starszy i tańszy, drugi nowy, dlatego ciężko znaleźć go w internecie i droższy.
1. Stellplatz tuż pod mostem Rugenbrucke. Płatny 12 EUR za dobę, trzeba pobrać bilet z automatu (który przyjmuje tylko momenty i banknoty o nominałach 5 i 10 EUR). Sądząc z billboardu informacyjnego, są toalety.
N 54.301959 E 13.101245
Strona www2. Stellplatz po drugiej stronie ulicy. Płatny 15 EUR za noc (czyli za 12 godzin od pobrania biletu). Pełna infrastruktura. W bileciku umieszczony jest chip, który otwiera drzwi do budynku sanitarnego. Prysznice i prąd płatne dodatkowo.
54°30’22.21“N
13°09’83.32“E
Niezwykle malowniczy stok, wyciąg i jadłodajnia – bufet – z typowo słowacko-czeskimi potrawami prowadzona przez powściągliwie miłego, jak na Słowaka przystało, gospodarza. Tuż obok duży parking, pusty o tej porze roku, zimą pewnie zapełniony.
Nie pytaliśmy w bufecie, czy możemy zostać na noc. Zamówiliśmy knedliki z gulaszem, smażony ser z frytkami i dwa piwa, zapłaciliśmy złotówkami. Najedzeni, wróciliśmy do kampera i rozłożyliśmy leżaki, z postanowieniem kontemplowania widoku. Nikt nie przyszedł, byliśmy mile widziani. Na śniadanie zjedliśmy zupę czosnkową i znów knedliki z gulaszem.
Kilka kilometrów od parkingu w kierunku Zdiaru jest sklep, w którym można płacić kartą.
Nie jest to miejsce na dłuższy pobyt, ale na jedną noc w sam raz. A widoki takie.
Relacja z naszego wyjazdu w Tatry tutaj:
Lipiec 2014
Jadąc do Zakopanego nie przyszło nam do głowy, że pięknego widoku na góry nie znajdziemy jadąc pod ich stopy. Żeby móc nasycić się widokiem Tatr na horyzoncie, trzeba zostać kilka kilometrów przed Zakopanem, odbijając czy to w prawo, czy w lewo od zakopianki. Tą banalną oczywistość uzmysłowił nam Zbyszek vel Mazby z Camperteamu, który poświęcił nam kilka godzin ze swojego wypełnionego rozmaitymi hobby życia i pokazał swoje ulubione miejsca w okolicach Zakopanego. Jednym z tych miejsc jest właśnie wioska o wdzięcznej nazwie Ząb.
W Zębie jest prześlicznie. Górska idylla, ot, co mogę powiedzieć. Piękny widok na dolinę, Zakopane i Tatry wreszcie. Jest to oczywiście miejscowość wypoczynkowa, więc znaleźć tu można wiele pensjonatów, w cenach 3 razy niższych niż w samym Zakopanem – nawet 30 zł za osobę za nocleg w górskim domu.
Ząb jest dla wszystkich, którzy w góry nie jadą po lans na Krupówkach, tylko dla gór samych. Znajdzie się też miejsce dla pojedynczych kamperów, zostających na noc, może dwie.
Z pozoru wioska wygląda tak, jakby stanąć można było wszędzie, jednak mieszkają tu rolnicy i każde nieogrodzone, trawiaste pole jest czyjeś. Dlatego prędzej czy później zjawi się baba czy też chłop, bardziej lub mniej przychylnie patrząca na goszczenie kogoś na swoim terenie, nawet za opłatą. Dlatego po pierwszym przegonieniu znaleźliśmy kolejne miejsce, jeszcze lepsze, tuż przy drewnianym zębowskim kościółku, uzgadniając zawczasu z koszącym swój teren góralem, że możemy zostać na noc. Odwdzięczyliśmy się dwoma piwami, choć panowie reporterzy z TVN24 mówili, że dla górala piwo to rozcieńczona gorzała i będzie urażony. Nie był.
Okazało się, że zamiast do oazy górskiej ciszy trafiliśmy na plan filmowy i zdjęciowy. Najpierw oglądaliśmy, jak panowie z TVN24 tuż przed naszym kamperem nagrywają na żywo relację na temat nieodpowiednich strojów turystów w górach – pełni uznania wznieśliśmy aplauz, a pan reporter się ukłonił. Potem uczestniczyliśmy w góralskiej ślubnej sesji zdjęciowej, popijając cytrynówkę z góralkami i turystami z Gdańska. Wreszcie wszyscy sobie poszli i mogliśmy uczcić porządnie te moje urodziny:)
Relacja z urodzin w Tatrach:
Lipiec 2014
To kolejny przykład na typową dla Polski bylejakość. Właściciel, pewnie kumpel posiadacza kempingu Majawa w Warszawie, wyszedł z założenia, że kawał terenu pod skoczniami w Zakopanem i licząca 40 lat infrastruktura wystarczy, żeby… no właśnie, żeby co? Żeby jakoś to było chyba, bo tłumów, jak na początek lipca, nie było. A z taką lokalizacją gość powinien mieć rezerwacje na cały sezon.
Bo lokalizacja to niewątpliwy atut tego kempingu – 15 minut wolnym spacerkiem od Krupówek (choć po przejściu się stwierdzam, że im dalej, tym lepiej), 4 minuty do skoczni. Wystarczająco na uboczu, wystarczająco
w centrum.
Nie ma wydzielonych parceli. Większość gości (choć pod palce ciśnie mi się „osadzonych”:)) to namiotowcy, górscy wędrowcy. Cała infrastruktura do obsłużenia kampera jest – woda, zrzut nieczystości, toaleta chemiczna, prąd. Internet wi-fi też jest. Pralka i kuchnia również. Wszystko to jednak pordzewiałe i… brudne. Na naszych oczach od budynku z sanitariatami odpadła rynna. Obdukcja wykazała, że ze starości.
Jedynym rozgrzeszeniem niezbyt luksusowych warunków była cena – zapłaciliśmy 65 zł za dwie osoby bez prądu (prąd dodatkowe 13 zł). Uznaliśmy, że wymagania powinny być wprost proporcjonalne do ceny i nie czepialiśmy się. Aż nadszedł moment kąpieli.
Prysznice na campingu „Pod Krokwią” należały do szczęśliwie wymierającego już gatunku pryszniców, w których nie chce się dotykać niczego, poza lecącą wodą. W których człowiek ma opory przed powieszeniem swoich brudnych ciuchów na wieszaczku w styczności ze ścianą i stwierdza, że włosy to ma całkiem jeszcze czyste. W których zamyka się oczy, żeby nie widzieć, co
w rogach i fugach.
Uważam się za mało rozwydrzoną. Ale, ludzie kochani, to nie Kazachstan, ani nawet nie turystycznie peryferyjny Ostrów, gdzie paradoksalnie spaliśmy na wspaniale wyposażonym i czystym, bankrutującym kempingu Marina. To też nie jedyna w swoim rodzaju Kapadocja, gdzie piękno krajobrazu wynagradza łazienki
w piwnicach u Ahmeda. Bielone i czyste, swoją drogą.
To Polska, środek Zakopanego, przyjeżdżają tu turyści z całej Europy. I ani piękne Tatry, które przecież nie są Alpami, ani zmienna pogoda, ani przereklamowane Krupówki nie wynagrodzą im syfu i bylejakości na kempingu. Zdaję sobie sprawę, że turysta górski jest turystą specyficznym i poradzi sobie w różnych warunkach, ale to słabe ściągać z ludzi kasę i nie dawać nic w zamian. Nie zgadzam się. Takie kempingi psują obraz polskich kempingów w ogóle.
I nie chodzi o to, żeby na ścianach i podłodze w łazience leżała glazura
i terakota (nie mogę zapamiętać, które gdzie) z najnowszej kolekcji Paradyża. Na kempingu na Jurze w prysznicu były drzwi zamykane na haczyk, ale to stanowiło o klimacie i było zwyczajnie, po ludzku i godnie czysto.
Czystość to jedyne, czego wymagam.
Nasza Relacja z Zakopanego i Tatr:
Lipiec 2014
Strona kempingu:
WWW
Kemping typowo tranzytowy – zatrzymać się, pozwiedzać, przespać i jechać dalej. Położony jest przy ul. Bitwy Warszawskiej, 5 minut pieszo do dworca zachodniego, 10 minut do bardzo przyjemnego Parku Szczęśliwickiego, gdzie można sobie dziarsko pobiegać, a nawet przez okrągły rok pojeździć na nartach na stoku z wyciągiem. Mnóstwo placów zabaw.
Tuż obok kempingu słynna z wiersza Mickiewicza Reduta Ordona, czyli reduta nr 54. I galeria handlowa. Za płotem restauracja włoska i karczma.
Kemping zarządzany jest zgodnie z zasadą „minimum wkładu, maksimum zysku”, co oznacza, że nie jest tu najładniej, za to zdecydowanie najdrożej – za dwie osoby i dwójkę dzieci zapłaciliśmy 155 zł. Cena jak za luksusowe kempingi z basenami w Europie Południowej i Zachodniej. Jeśli dodam, że prysznice i toalety – choć czyste – ulokowane są w rdzewiejącym baraku, cena wygląda jeszcze bardziej absurdalnie.
Lata temu był tu nieduży odkryty basen z małym placem zabaw, który teraz popadł w ruinę i straszy. Jest też kilka domków kempingowych, jeden nawet
o dumnej nazwie Luks.
To kolejny kemping z niewykorzystanym i zapomnianym potencjałem. Nie wiem, jakie właściciel ma zyski, ale z pewnością mógłby mieć większe, gdyby w swoją własność zainwestował. Bo nie mieści mi się w głowie, jak można mieć kemping prawie w centrum Warszawy i pozwolić, żeby „jakoś to było”. Tym bardziej, że zatrzymują się tu głównie cudzoziemcy, którzy informację
o tym, czy warto, przekażą dalej.
Pozytywne wieści o Polakach na pewno w świat puszczą Finowie z kampera obok, którzy zapadli się w nasiąkniętym dwudniowym deszczem trawniku
i nijak nie mogli ruszyć ponad-3-tonowego kolosa. Z uwagi na fakt, że przeżyliśmy dokładnie to samo w kwietniu w Czechach i zaopatrzyliśmy się w linkę holowniczą, spłaciliśmy dług wdzięczności wobec szeroko pojętej ludzkości i wyciągnęliśmy Finów z dołka, dosłownie. Klaskano nam
i pozdrawiano. Byliśmy bohaterami.
Przyjaciele z Finlandii chcieli nam koniecznie pokazać, dlaczego byli tacy ciężcy. Okazało się, że ich syn jest kierowcą gokarta, i to ten gokart tak ich przygniótł. Jest nadzieja, granicząca z pewnością, że jak już młody Fin zostanie mistrzem F1, odpali z milion dobroczyńcom z Polski, dzięki którym zdążył na przełomowe zawody do Włoch. Opłacił się ten z pozoru jałowy wyjazd do Wawy.
Och, ożyły wspomnienia… Byliśmy tu naszym pierwszym kamperem… Tacy młodzi i szczęśliwi… Cudownie zachwyceni kamperowaniem, ekscytowaliśmy się cieniem kampera na asfalcie… Jednak w tej dziewiczości już wiedzieliśmy jak powinien wyglądać dobry kemping, żeby chciało się do niego wracać i żeby na siebie zarabiał.
Kemping Zacisze leży w miejscu, które samo w sobie oznacza sukces – tuż nad przepięknym jeziorem Łagowskim w miejscowości Łagów, znanej w Polsce z corocznej imprezy o nazwie Lubuskie Lato Filmowe. Ma własną plażę, pomosty, ogromny trawiasty teren, nieco zalesiony, nieco nie, boisko do siatkówki plażowej, do piłki nożnej i plac zabaw. Tylko kempingowiczów jak na lekarstwo.
Czy to przez toalety i prysznice sprzed 30-tu lat? Czy przez nieskoszoną trawę tam, gdzie potencjalnie powinny stać kampery? Czy przez hucznie odbywające się tu szczeniackie imprezy, wieczory kawalerskie i zakrapiane imprezy firmowe? Wywnioskowaliśmy, że na tego typu uciechy postawili zarządcy kempingu, wykorzystując jedyny chyba ich zdaniem potencjał, jaki niosą za sobą postawione na „Zaciszu” domki. A szkoda.
Łagów leży przy autostradzie A2, 66 km od granicy z uwielbiającymi kamperowanie Niemcami. Jest naprawdę urokliwy i oferuje wiele atrakcji poza Lubuskim Latem Filmowym. Nie było by trudne ściągnąć tutaj Niemców, choć i rodacy z przyczepami i kamperami przyjeżdżaliby chętniej, gdyby mieli gdzie się zatrzymać i przenocować w komfortowych warunkach – w końcu nie wszyscy lubią spanie na dziko.
Nasza relacje z Łagowa, gdzie byliśmy caaaałe 2 lata temu:) I było super!
Czerwiec 2013
Strona kempingu:
WWW
Pierwszy raz w „Białym Domu” byliśmy równy rok temu. Relacja z tamtej wizyty pełna jest komplementów, jak najbardziej zasłużonych. Na kempingu jest wszystko, co powinno być i jest to ładne.
Jednak tak jak w życiu, również w przypadku kempingów, prawdziwą klasę dostrzega się w umiejętności reagowania i przeciwdziałania drobnym problemom.
Kwestia braku możliwości płacenia kartą zawsze mnie zaskakuje, jest całkowicie bezsensowna i trąci skąpstwem. Tym bardziej w miejscowości, gdzie poza sezonem nie ma żadnych bankomatów, a czerwiec w naszym kraju jest miesiącem pozasezonowym, jeśli chodzi o usługi, całkowicie jednak sezonowym, jeśli chodzi o ceny.
Do najbliższego bankomatu w Dziwnowie jest ok. 6 km. Niby nic, ale nie wzięliśmy rowerów, a kemping nie posiada żadnych do wypożyczenia. Może trochę szukam dziury w całym, bo oczywiście z każdej sytuacji da się znaleźć wyjście i ostatecznie zrobiliśmy sobie spacer plażą do bankomatu. Jednak jest miliard miejsc na świecie, w tym milion kempingów, w których zarządcy dbają o to, żeby gość przyjeżdżając do nich, nie musiał się o nic nie martwić. A już najmniej o to, jak im zapłacić. Zwłaszcza, jeśli płaci niemało (100 zł za dobę za 2 dorosłych + dwoje dzieci).
O Białym Domu w naszej relacji:
Czerwiec 2013
Strona kempingu:
WWW
Duży stellplatz z pełnym zapleczem dla kamperowców (również z prysznicami); dużo surferów, tudzież windsurferów – wyodrębniono dla nich specjalne miejsca; fajna atmosfera na pierwszy rzut oka; tuż przy plaży nudystów, Niemcy uwielbiają się publicznie obnażać, co niektórzy wezmą za plus, inni z minus. Obok fajna restauracyjka z dużym tarasem tuż nad jeziorem.
W sezonie ciężko o miejsce. Poza sezonem pusto, ale i toalety nieczynne.
O tym, jak w Buchwaldzie nie było dla nas miejsca:
Wrzesień 2012
O tym, jak fajnie kamperuje się w styczniu:
Styczeń 2014
Strona stellplatzu:
WWW
Duży kemping położony nad jeziorem Senftenberger See w Brandenburgii w Niemczech. Tuż przy ścieżce rowerowej, która oddziela go od publicznej, trawiastej plaży. Na terenie kempingu mała restauracyjka. Brak udogodnień dla dzieci, kemping skierowany raczej dla dorosłych, szukających spokoju. Z dziećmi lepiej pojechać do Familienpark w Grosskoschen.
Strona kempingu:
WWW
O kempingach w regionie Lausitzer Seenland, wyprawach rowerowych wokół Senftenberger See i samym regionie:
Wrzesień 2012
Nocowaliśmy na Komfortcamping podczas wyzwania rolkowego:
Lipiec 2013
Rodzinny kemping w Grosskoschen. Duży, nad samym jeziorem, w lesie. Miejsce idealne dla rodzin z dziećmi (do 15. roku życia dzieciaki za free), mimo to jest dość kameralnie i spokojnie.
Na terenie kempingu sklep, wypożyczalnia rowerów i gokartów, duży plac zabaw, stoły do pingponga (można wypożyczyć paletki), minigolf, zjeżdżalnia do jeziora, boisko do kosza i siatki.
Są również domki dla niezkamperowanych:)
Ścieżka rowerowa tuż przy kempingu, oczywiście. Niedaleko kempingu plac zabaw, kilka knajpek i scena, na której w sezonie w weekendy odbywają się różne koncerty.
Nasze pobyty na kempingu:
Sierpień 2013
Strona kempingu:
www
Nasza ulubiona miejsce na weekendowe wypady niskim kosztem.
Partwitzer See jest jednym ze sztucznych jezior w kompleksie jezior pokopalnianych Lausitzer Seenland, o których pisałam we wpisie Pojezierze-luzyckie-lausitzer-seenland-nasz-rowerowy-raj. Sam pomysł przeobrażenia przemysłowego regionu po kopalniach odkrywkowych w miejsce służące sportom i rekreacji, jest genialny. Rozmach, z jakim się to robi, sprawia, że każdy znajdzie tu coś dla siebie.
Miejscówka nad Partwitzer See to duża polana na cyplu w środku jeziora, która docelowo ma stać się kempingiem. Tuż obok jest centrum informacji turystycznej i wagonik z piwem, lodami i kiełbasą. Są również toalety z prysznicami za jedyne 30 centów, otwarte w sezonie w określonych godzinach (11:00 – 17:00).
Są dni kiedy jest tu puściutko, są takie, że dość tłoczno, wciąż jednak bez przesady. Największym plusem tego miejsca jest to, że jak się tu zakotwiczy z pełną lodówką, to praktycznie nie trzeba się ruszać. Tuż obok mamy ścieżkę rowerową, a za nią jezioro z prawie pustą plażą. Spokojnie i bezpiecznie, choć od czasu do czasu przyjedzie jakiś niemiecki młokos starym bmw i narobi hałasu. Jednak rzadko.
O Partwitzer w naszych wpisach:
Lipiec 2013
Na Helu jest mnóstwo kempingów, z czego znaczna część w Chałupach. Warto, przy wyborze tego właściwego, przejechać się kilka kilometrów, bo każdy z nich ma nieco inny klimat, a wiadomo, że co pasuje jednemu, niekoniecznie zadowoli drugiego.
Wybraliśmy kemping Chałupy 3 ze względu na zawody Ford Kite Cup i tawernę, w której serwują ponoć pyszne jedzenie. Ponoć, bo ostatecznie nic w niej nie zjedliśmy oprócz 2 kulek lodów za 16 zł…
Kemping jest iście serferski, więc jest tu nieco lansu, zwłaszcza podczas zawodów. Ze względu na dużą ilość młodzieży, trzeba liczyć się z tym, że wieczorami niekoniecznie będzie cicho. Położony jest, jak większość, jeśli nie wszystkie helskie kempingi, nad Zatoką Pucką, więc plaża kempingowa nie jest oszałamiająca – ot, wąski piaszczysty pasek. Fajne dla dzieci, bo jest mega płytko i ciepła woda. Miłośnicy bałtyckich klimatów prawdziwy Bałtyk znajdą po drugiej stronie ulicy – tam jednak są wydmy, więc nie ma i kempingów. Za to jest spokoóóój…..
Łazienki są bardzo ładne, nowe i czyste, aczkolwiek wydaje się, że w sezonie może ich być za mało. Woda ciepła non stop, prysznic nie ograniczony czasowo.
Na terenie kempingu tawerna i sklepy z ubraniami i gadżetami serferskimi. Do Chałup jako miejscowości – 4 km.
Strona kempingu:
WWW
O naszych przygodach na Helu i w Trójmieście przeczytacie we wpisie:
Maj 2014
[Best_Wordpress_Gallery gallery_type=”slideshow” theme_id=”1″ gallery_id=”6″ sort_by=”order” order_by=”asc” slideshow_effect=”fade” slideshow_interval=”5″ slideshow_width=”800″ slideshow_height=”500″ enable_slideshow_autoplay=”0″ enable_slideshow_shuffle=”0″ enable_slideshow_ctrl=”1″ enable_slideshow_filmstrip=”1″ slideshow_filmstrip_height=”90″ slideshow_enable_title=”0″ slideshow_title_position=”top-right” slideshow_enable_description=”0″ slideshow_description_position=”bottom-right” enable_slideshow_music=”0″ slideshow_music_url=”” watermark_type=”none” watermark_link=”http://web-dorado.com”]
„To wszystko i wiele innych atrakcji spotkasz jedynie na Flaeming-Skate – w największym europejskim regionie skatingu położonym na południe od Berlina. Ok. 230 km szlaku zbudowanego specjalnie dla skaterów, rowerzystów i poruszających się na wózkach inwalidzkich, wiedzie przez malownicze wsie, pola, łąki i lasy”.
Tak reklamowany jest region Flaeming-Skate na stronie internetowej. I faktycznie, więcej nie trzeba dodawać.
Przejechaliśmy trasą RK4 i naszym zdaniem jest ona bardziej rowerowa niż rolkowa. Ma 43 km i nie ma za bardzo szansy na skrócenie trasy w inny sposób niż zawrócenie. Nie jest też najłatwiejsza – górki i podgórki i momentami asfalt nie jest tak jedwabisty, jak by się chciało. Na rolki bym się nie wybrała, rowerem jak najbardziej polecam.

Trasa RK4 przebiega przez dosć zróżnicowany krajobraz – trochę wiosek, trochę miast, dużo pól. Mi brakowało jednak zbiorników wodnych, bardzo lubię jeździć wokół jezior i po nabrzeżach, dlatego nasz ulubiony region do weekendowych wypadów, Lausitzer Seenland, nie stracił korony. Warto przy okazji pojeździć dłużej po Juterbogu – wygląda, jakby dopiero opuściły go wojska po II wojnie światowej.
Na pewno będziemy tu wracać, z czasem pojawią się opisy kolejnych tras z regionu Flaeming Skate.
Link do mapy ścieżek regiony Flaeming:
mapa ścieżki Flaeming Skate
Strona internetowa Flaeming-Skate (po polsku nawet!):
WWW
Bardzo cichy kemping, położony gdzieś w polu, tuż przy szlaku czerwonym RK1 i niebieskim RK4, który przejechaliśmy.
Na kempingu są parcele dla przyczep i kamperów, miejsce na namioty i domki dla normalnych ludzi:)
Toalety, prysznice i kuchnia ulokowane są w ogrzewanym budynku, co sprawia, że nawet zimą i w chłodniejsze dni miło jest wziąć prysznic.
Nie ma sklepu, nie ma też sklepu w promieniu do 5 km, więc trzeba zakupy zrobić przed przyjazdem. Jest za to minibar, w którym można sobie zjeść jajecznicę czy inny śniadaniowy rarytas.
Tuż obok kempingu jest odkryty basen, ze zjeżdżalnią i biczami wodnymi. Niezbyt duży, ale fajna sprawa przy upale i dla dzieciaków. Jest też boisko do piłki nożnej i do siatkówki plażowej.
Bardzo ładnie przygotowany widok na kemping z samolotu przedstawia filmik:
Filmik
Strona kempingu:
WWW
Bardzo duży kemping ze wszystkim, co możliwe. Znakomita infrastruktura i zaplecze. Kilka placów zabaw, boiska, swietlica, wyczesane łazienki, wielka kuchnia, sklep, basen. Ceny, jak na Danię, normalne.
Jadąc we dwoje, wolimy takie kempingi, jak ten w Skarupe, ale gdybysmy byli tu z Dzieciarami, byłby to strzał w dziesiątkę – dzieci naprawdę mają co tu robić.
Strona kempingu:
WWW
Nie będzie to novum, jeśli napiszę, że kemping w Skarupore jest cichy, sielski i anielski – tym przymiotnikami opisywałam większość kempingów w Danii. Położony jest 4 km d Svendborga, pomiędzy wodą a wodą, tuż przy plaży, na dość rozległym trawiastym terenie. Można się tu wyciszyć i niedużym nakładem siły mięśni przyjemnie dojechać zarówno do Svendborga, jak i powłóczyć się rowerowo po wioseczkach, położonych na okolicznych niewielkich wzgórzach.
Są toalety i prysznice na pieniążki, kuchnia oraz prąd, nie wiem natomiast nic o internecie, bo przyjechaliśmy po zamknięciu recepcji i wyjechaliśmy przed jej otwarciem.
WWWPrzytulny, kameralny, na swój sposób artystyczny kemping położony na uboczu, na klifie, nad ciesniną Mały Bełt. Śmieszne.
Plusy:
– położenie,
– spokój i sielskosć,
– pełna infrastruktura (fajna kuchnia, z wielkim oknem i widokiem, drewniana),
– klimatycznie,
– stosunkowo niedrogo,
– jest internet,
– tuż przy morzu i lesie,
– przyjazny i gadatliwy własciciel, który robił w Polsce zęby i miło wspomina.
Minusy:
– na jednej z plaż bałagan, mało artystyczny,
– internet nie ogarnia w oddaleniu od recepcji, a miał być,
– po klucz do prysznica trzeba isć do recepcji,
– w pewnych częsciach kemping wygląda na nieco zaniedbany,- nie ma ostryg na plaży.
Bardzo miłe miasteczko winiarskie w słowackich Karpatach, 30 km od Bratysławy. Leży na Małokarpackim Szlaku Winnym. Tutaj własnie musielismy stawić czoła dwóm awariom z kamperem, mimo to jednak dostrzeglismy rozległe winnice i przytulne winiarnie. Warto zajechać.
O naszych przygodach w Modrej przeczytasz tu:
Maj 2012
A zdjęcia obejrzysz tu:
Maj 2012 zdjęcia
To dziwny kemping. Położony tuż nad morzem, nad taką jakby zatoczką, bardzo malowniczo. Ma własną plażę, a na niej parasole. Ma dużo miejsca, nawet sklep i nawet jakąś knajpkę, w której nie jedliśmy, więc nie wiem, co serwują.
Jeśli napiszę, że są prysznice, to nie skłamię, ale są to prysznice zewnętrzne, takie plażowe chyba. W głębi kempingu stoi coś jakby sanitariat, ale wszystko w nim jest w takim stanie, że wolałam chodzić do zewnętrznego wychodka, który czystością, nowością, ani niczym zresztą, nie grzeszył. Krótko mówiąc, warunki nie są najlepsze, nie są nawet dobre. Ale.
Na kempingu są domki i przyczepy postawione na stałe, należące chyba do stałych bywalców, bo wszyscy zdawali się znać i czuć tu jak w domu. Toczyły się nawet zwyczajne prace gospodarczo-domowe, typu suszenie soczewicy. Wszyscy byli dla nas bardzo mili, witali się z nami przechodząc obok, dali nam ogórki i wodę pitną. Dlatego właśnie, mimo niezbyt komfortowych warunków sanitarnych, zostaliśmy tu aż na dwie noce i było nam bardzo miło i przyjemnie. I tanio.
Plusy:
– położenie,
– atmosfera,
– cena,
– niedaleko miasteczka Foca (można rowerem, choć pod górę trzeba drałować).
Minusy:
– sanitariaty/toalety/prysznice – stare, brudne, nie działające,
– brak zrzutu na brudną wodę i toalety chemicznej, ale myślę, że nikt by się nie obraził, gdyby się kota wylało do zwyczajnego kibelka „dla ludzi” (wodę można sobie wlać z węża podlewającego kwiatki).
Więcej o kempingu i Turcji w relacji z tureckiej wyprawy:
Wrzesień 2013
Duże miasto portowe na Wybrzeżu Egejskim, które, jeśli będziecie w Turcji krótko, można sobie darować. Panuje tu mniej turecka, za to bardziej europejska atmosfera, jednak takie odczucie mieliśmy po trzech tygodniach w tym kraju, po Kapadocji i Stambule, można powiedzieć, że byliśmy już sturczeni;)
Więcej o Izmirze w naszym tureckim wpisie:
Wrzesień 2013
Nieduży, trzygwiazdkowy kemping, ok. 1 km od centrum Aalborga, jakies 300 metrów od portu. Fajnie położony, bo można sobie pobiegać rano, czy też wieczorem wzdłuż portu.
Jesli chodzi o infrastrukturę, jak na Danię przystało, jest super.
Plusy:
– ładne i czyste toalety,
– bardzo ładna kuchnia z pełnym wyposażeniem (mikrofalówka, piekarnik, kuchenki),
– spore parcele,
– blisko centrum, blisko portu.
Minusy:
– drogo (jedna noc dla dwóch osób z prądem bez prysznica – 257 koron, czyli jakie 146 zł; i jest to cena normalna na duńskim kempingu),
– internet również dodatkowo płatny, nie wiem ile, ale pewnie około 30 koron za dobę (ok. 17 zł)
– dodatkowo płatny prysznic – 4 korony za 3 minuty bodajże, ale głowy nie dam; to też normalne w Danii,
– obok jest małe lotnisko czy cos i czasem ląduje albo startuje helikopter. Raz podczas naszego pobytu, ale warto wspomnieć.
Link do naszego wpisu:
wwwSpory kemping położony tuż nad ciesnicą Limfjord w Danii, gdzies na duńskiej wsi, wsród ciszy i spokoju. 99% kempingowiczów to bywalcy stali, mający swoje przyczepy i przedsionki (wszyscy identyczne) zaabonamentowane. Miejsc dla tzw. obcych jest niewiele, w kwietniu wszystkie wolne, myslę, że w sezonie może być kłopot.
Plusy:
– wyczesany plac zabaw -naprawdę czad, nawet dla dorosłych,
– tuż nad morzem i przy plaży pełnej ostryg,
– pełna infrastruktura, a kuchnia i jadalnia jak w najlepszej restauracji,
– ogrzewane łazienki (!) – tego nie spotkalismy jeszcze nigdzie,
– basen kryty ze zjeżdżalnią
Minusy:
– prysznice na kartę płatne dodatkowo – woda leci przez dwie minuty, zakręcając kurek nie przedłuża się czasu,
– internet płatny dodatkowo w sezonie.
Strona kempingu:
WWW
Link do naszej relacji:
Bardzo duży kemping położony w sosnowym lesie, tuż nad czysciutkim jeziorem Helene-See. Bardzo dobra infrastruktura, choć widać, że nieco przestarzała. Drogo- za dobę z dwójką dzieci i z prądem w kwietniu zapłacilismy 30 EUR. Prysznic płatny dodatkowo, jak to zwykle w Niemczech – 50 centów za 3 minuty kąpieli. Można poprosić o kartę z abonamentem na 10 prysznicy – jesli się nie wykorzysta, zwracają pieniądze. Żeby dostać kluczyk do WC, trzeba zostawić kaucję 20 EUR. To ma swój sens, bo na teren kempingu wpuszczani są ludzie z zewnątrz, co by mogli skorzystać z uroków jeziora.
Zalety:
– duże, czyste jezioro z piaszczystą plażą,
– fajowy plac zabaw, nie tylko dla dzieci,
– budki z lodami, przekąskami itd.,
– pełna infrastruktura,
– niedaleko Zielonej Góry (98 km).
Wady:
– drogo – 30 EUR za taki standard to stanowczo za dużo,
– pełno dziwnych ludzi spoza kempingu – trzeba wziąć pod uwagę, że kemping leży na pograniczu, pełno tu cicho-ciemnych, przechrzczonych na Niemców Polaków bez zębów, panienek w kozaczkach z giełdy, panów w sztucznych skórach (przy temperaturze 25 stopni) i Niemców chlejących jedno za drugim piwem. Nie zostawialismy rowerów bez opieki, co bez obaw można zrobić na kempingach położonych jedynie 50 km dalej na zachód. Klimat też nie ten, jesli kemping służy za miejsce niedzielnych, rodzinnych wycieczek i randek,
– obawa jest, że latem występuje znaczne nagromadzenie powyższego elementu i slogan „Małe Morze Bałtyckie”, jakim reklamuje się kemping, oznacza dosłownie małe Morze Bałtyckie w sezonie w ładną pogodę, a wszyscy wiemy, co to znaczy.
no images were found
Kupieckie miasto w Transylwanii, nad którym zachwycają się wszystkie przewodniki. Faktem jest, że to w Braszowie po raz pierwszy w trakcie naszego objazdu po Rumunii, zobaczylismy jej inny, bardziej „zachodni” obraz. Na ulicach dużo ludzi, przeważnie młodych, pojawiły się pierwsze sieciowe sklepy i restauracje. Jednak, w pół godziny zwiedziwszy główne zabytki Braszowe, daleko nam było do ochów i achów. Ot, taka Zielona Góra w rumuńskim wydaniu.
Kemping, czyli ogrodzony murem teren należący do hotelu, z basenem, bardzo blisko starówki. Poza sezonem niedrogi, 50 lei, bardzo przyzwoite warunki, ładne łazienki, ale zrzutu na nieczystości i szarą wodę nie widzieliśmy, co nie oznacza, że ich nie było – duża część kempingu była jeszcze zamknięta. Jest prąd.
Dobre miejsce na nocleg przy okazji zwiedzania Sighisoary.
Strona kempingu:
www
Wpis o Rumunii:
Maj 2013
Przepiękne, średniowieczne miasteczko. To tu urodził się Wlad Palovnik, znany potem jako Dracula. Są tu kolorowe kamieniczki, średniowieczna twierdza, klimatyczny cmentarz na wzgórzu, katedra, urokliwe placyki i tajemniczy, nieco groźny klimat, jeśli spaceruje się po zmroku…
Więcej o Sighisoarze przeczytacie w naszym wpisie z Rumunii:
Maj 2013Aby do niego dojechać, trzeba minąć Wesoły Cmentarz i jechać w górę wioski. Po lewej stronie przy dużym domu z restauracją jest sporych rozmiarów pole nad strumyczkiem. Można płacić w lejach lub w Euro. Łazienki są, standard podstawowy, czysto, woda ciepła kończy się szybko, a i pojęcie „ciepła” jest dyskusyjne. Nie ma zrzutu na nieczystości ani na szarą wodę. Za to gospodarze obdarzają swoich gości sporym zaufaniem, bo nie wzięli od nas żadnych dokumentów, a w niedzielę poszli sobie normalnie do kościoła wiedząc, że wyjeżdżamy i nie zapłaciliśmy jeszcze.
Więcej o kempingu i nasze przygody w Rumunii:
Maj 2013
Strona kempingu:
www
Rumuńska wioska słynąca z tzw. ” wesołego cmentarza”. Na Wesołym Cmentarzu przy grobach stoją intensywnie niebieskie krzyże z rysunkami ilustrującymi, czym zajmowała się za życia leżącą w danym grobie osoba. Zabawne i ciekawe.
We wpisie o wyprawie do Rumunii więcej szczegółów:
Maj 2013Bardzo duży teren, duże łazienki z palmami pośrodku, prąd, chemiczne wc, sklep, restauracyjka, parasolki, lezaki. 40 lir za dobę. Wszystko super…. Było, jakies 15 lat temu. Teraz brakuje tu gospodarza, który by to odnowił, a niewiele trzeba, i rozreklamował. Taki kemping-widmo.
WWWO kempingu w naszej relacji (plus fotosy oczywiscie):
Wrzesień 2013Wielka i szeroka plaża, Jest i jakis bar, jakas restauracyjka, jakis sklep. Piasek taki kurzący, nie jest to bałtycki piasek i nie są to bałtyckie temperatury – kwestia priorytetów.
Trochę takie wymarłe wrażenie, ale to pewnie kwestia po pierwszej pory roku – bylismy tu we wrzesniu, sezon schodzący, po drugie nie jest to miejsce znane plażowiczom, jak ktos szuka kurortu, Kusadasi niedaleko.
Pamucak w naszym wpisie:
Wrzesień 2013
Koniecznie do zobaczenia. Nie ma współcześnie miasta Efez, jest to tylko i aż stanowisko archeologiczne, oddalone o kilometr od miasta Selçuk, 80 km od Izmiru i kilka kilometrów od dużej plaży w Pamucak.
Efez zobaczyć trzeba. Nie dlatego, że robią tam piwo. Nie robią. Jest to jedno z najlepiej, jeśli nie najlepiej zachowane starożytne miasto, jakie widzieliśmy. To, co udało się zrekonstruować archeologom to jedynie cząstka, jaka pozostała z istotnego i pięknego niegdyś miasta, na której podstawie można wyobrazić sobie, jak tu było kiedyś. Gdyby nie fakt, że uciekło im morze, które w IV wieku kończyło się tuż u stóp Efezu, a teraz 5 km dalej, pewnie po dziś dzień było świetnie prosperującym ośrodkiem portowym.
Niewątpliwie największe wrażenie robi fasada biblioteki – to ją widać na większości widokówek z Efezu. Równie okazały jest amfiteatr, szczególnie jak się trafi na taki występ:
Więcej o pięknym Efezie i Turcji + fotosy:
Wrzesień 2013
Za główną atrakcję uchodzi Pamukkale, Hierapolis jest w jego cieniu. Istotnie, Pamukkale jest zjawiskiem samym w sobie, unikatowym w skali swiatowej i to jednoczesnie jest przekleństwem tego miejsca – natłok masowego turysty momentami obdziera to miejsce z uroku.
Do ruin starożytnego Hierapolis, które w starożytnosci było miastem ogromnym – aż 150 tysięcy mieszkańców! – wscieklizna nie dochodzi. Tu nie można bezmyslnie poleżeć w bagnistej brei i pocykać zdjęć na wypięciu na snieżnobiałym wapieniu. Tu trzeba przejsć swoje, bo połacie ogromne i poswięcić temu miastu chwilę refleksji.
Więcej informacji i zdjęcia we wpisie:
Wrzesień 2013
Bardzo fajne miejsce.
Strona kempingu:
wwwTrawiasty kemping z ogromnym basenem pod samym Pamukkale. Włascicielem jest nieco cwaniakowaty Turek, goscinny i sympatyczny, ale polecam być uważnym i kasy u niego nie wymieniać. Jedzenie w kempingowej knajpie bardzo dobre.
Więcej o kempingu w naszym tureckim wpisie:
Wrzesień 2013Strona kempingu:
WWWWspaniałe miejsce. Kemping tuż nad morzem, z własną plażą, restauracją z pysznym żarciem i rodzinnym, sennym klimatem. Sama Datca to turystyczne i bardzo ładne miasteczko portowe, można sobie spacerować i podziwać jachty.
Dla nas bomba.
Więcej o naszej idylli na kempingu Illica:
Wrzesień 2013Strona kempingu:
WWWWybralismy ten kemping z racji na zachęcający opis – że prowadzony przez Australijczyków i fajna atmosfera. Faktycznie, pierwsze wrażenie robi dobre, z każdym kolejnym krokiem jest jednak coraz gorzej. I nie ma ciepłej wody.
O kempingu w naszej relacji:
Wrzesień 2013Strona kempingu:
WWW
Stąd pochodzi kolor turkusowy i jego najpiękniejsze odcienie. Nigdzie nie widziałam ładniejszej wody. Sama miejscowosć Oludeniz jest angielską imprezownią, ale ta woda… wynagrodzi wszystko.
Czaderska atrakcja turystyczna z cyklu przyrodniczych. Po przejsciu wąwozu, co może zająć od godziny wzwyż, w zależnosci od kondycji, można zjesć pyszny obiad w jednej z malowniczych restauracji.
Wąwóz Saklikent w naszej relacji:
Wrzesień 2013Żar, wzgórze, ruiny i żółw. Przygotowując się do tureckiej wyprawy, nie uwzględnilismy Xantos na naszej trasie. Doprowadziła nas do niego brązowa tablica, za co jestesmy jest wdzięczni.
Niejednokrotnie w Turcji dziwilismy się, że są tu tak piękne miejsca, które nie wiedzieć czemu, nie przyciągają tłumów turystów i są miejsca srednie, w których nie da się swobodnie poruszać.
Xantos zalicza się do pierwszego typu. Warto zjechać z głównej trasy.
Xantos w naszej relacji:
Link textHmm Olympos to połączenie hippisowskiego, żeby nie powiedzieć hippsterskiego, imprezowego miasteczka wakacyjnego z ruinami antycznego Olimpos. Ruiny zaniedbane niestety, ale dzieją się tam prace archeologiczne, więc nadzieję mieć należy, że z roku na rok coraz więcej odrestaurowane będzie. Dosć osobliwe jest, że cała ta hipsterowsko-hipisowska młodzież, aby dojsć do plaży, przejsć musi przez antyczne Olimpos, które przez to z jednej strony odzierane jest z magii, jaką czuję dotykając starożytne budowle, z drugiej strony jednak lubię, kiedy zabytki dostosowywane są do współczesnosci. I chyba wolę tak, niźli gdyby mieli zrobić z tego scisłe muzeum. A miejsce piękne.
Olympos w naszej relacji:
Wrzesień 2013Nocleg bezposrednio NA azjatyckiej plaży. Szeroka, piaszczysta, trochę kurząca. Miejscowosć Cirali jest czysto wypoczynkowa, domeczki, chatki, pensjonaty, knajpeczki zatopione w ukwieconych krzaczorach. Sklep z piwem i winem też jest:) Żałujemy, że nie zostalismy tam dłużej.
3 km od Chimer, gdzie spod ziemi bije żywy ogień!…
Więcej o Cirali w naszej relacji:
Wrzesień 2013Bardzo dobrze zachowany teatr i resztka miasteczka, wciąż wykopaliskowane:) Dziwne, że tak mało tu turystów.
O Aspendos w naszej relacji:
Wrzesień 2013Bylismy tu we wrzesniu, mimo to wypachniony, wymalowany, wystrojony w koszulki Armani tłum na obcasach odstraszył nas na tyle, że zabytki Side nie były w stanie tego zrekompensować. Szkoda Side.
Więcej o Side w naszych wpisach:
Wrzesień 2013Najbardziej księżycowe i magiczne miejsce. To trzeba zobaczyć.
O Kapadocji w naszych relacjach:
Wrzesień 2013Czaderski, wagabondowski kemping w sercu Kapadocji, Goreme. Wszystko tam było magiczne – balony tuż nad kamperem, specyficzni współpkempingowicze, cisza, koty, wystrój, widok na Kapadocję. I kompletny wyluz. Tak, to się Panu Bogu udało.
Strona kempigu:
WWWGoreme Panorama Camping
Wrzesień 2013
Parking w Istanbule, który znają wszyscy kamperowcy:) Naprawdę swietny. Tuż nad Morzem Marmara, ponoć ma wodę i toi toi, ale ponad naszej bytnosci nie było ani jednego, ani drugiego. Nie był to żaden problem, bo miejsce ekstra – ogrodzone, bezpiecznie, blisko wszędzie za 30 lir/doba.
Więcej informacji i zdjęcia:
Wrzesień 2013Kolejne na liscie najpiękniejszych miast swiata. Bylismy tu tylko jeden dzień, wrócimy na pewno. Miks kultur, zapachów, kolorów, wrażeń estetycznych.
O Istanbule między innymi tureckimi cudownosciami przeczytasz:
Wrzesień 2013Nasz pierwszy nocleg na tureckiej ziemi. Znaleziony przez przypadek. Dobre miejsce do przenocowania za darmo i chyba bezpiecznie – nam się nic nie stało. Jako baza wypadowa do pozwiedzania Edirne.
Edirne i ten parking w naszej relacji:
Wrzesień 2013Och, Rzym! Jedno z piękniejszych, jesli nie najpiękniejsze miasto, jakie do tej pory widziałam. Nie widzę sensu, żeby opisywać każdy zabytek z osobna. Spędzilismy w Rzymie przepiękne, aż deszczowe 4 dni z okazji 40-tych urodzin Maryanka. Kto ciekaw, co widzielismy i jak magiczny jest Rzym mimo deszczu, klikać w różowy guziczek;)
Listopad 2013Kemping, który nas zaskoczył – 31-go grudnia wypełniony był po brzegi. Dobrze wyposażony, ładne toalety, CAŁOROCZNY, blisko stoków, na których snieg jest wtedy, kiedy u nas, w sensie w Polsce, zima bezsnieżna.
Strona kempingu:
wwwKemping Jiskra w naszych wpisach:
Grudzień 2013Bardzo przyjemne miejsce i pyszny grog:)
Strona kawiarni:
WWW
Kofeina w naszych wpisach:
Grudzień 2013
Parking pod kolejką gondolową Ski&Sun w Świeradowie. Nocowalismy tu już 3 razy, zawsze jest miejsca, a kosztuje to 10 zł za parkowanie powyżej 3 godzin bez górnego limitu.
Parking w naszych wpisach:
Grudzień 2013Singltreki to górskie scieżki rowerowe na pograniczu czesko-polskim. Stopień trudnosci: zależy od tempa, ale nawet jadąc wolno można się wywalić na mokrym mostku.
Oznaczony punkt to Centrum Singltrek, bardzo ładne miejsce nad jeziorkiem, z barem, kempingiem, serwisem rowerowym, z którego można wyruszyć na scieżki.
Stronka Centrum Singltrek:
Centrum Singltrek pod Smrkiem
Nasze wpisy o Singltrekach:
Grudzień 2013
Nie chcąc powielać tresci, proponuje takie oto rozwiązanie:
klikając na kolorowe guziczki, przeczytacie szczegółowe i subiektywne relacje z naszych przejażdżek rolkowo-rowerowych wokól Senftenberger See i pozostałych jezior regionu Lausitzer Seenland.
W skrócie: doskonałe tereny dla mało, srednio i bardzo zaawansowanych sportowo.
Styczeń 2014 Lipiec 2013 Sierpień 2013 Wrzesień 2012
Kemping/stellplatz/hotel
Atrakcja turystyczna
Miasta
Atrakcja turystyczna, Kemping/stellplatz/hotel
Miasta
Miasta
Miasta
Atrakcja turystyczna
Kemping/stellplatz/hotel
Miasta
Kemping/stellplatz/hotel
Kemping/stellplatz/hotel
Kemping/stellplatz/hotel
Kemping/stellplatz/hotel
Miasta
Atrakcja turystyczna
Atrakcja turystyczna
Trasa rowerowa
Atrakcja turystyczna
Kemping/stellplatz/hotel
Atrakcja turystyczna
Atrakcja turystyczna
Atrakcja turystyczna
Kemping/stellplatz/hotel
Miasta
Kemping/stellplatz/hotel
Miasta
Miasta
Knajpka
Kemping/stellplatz/hotel
Atrakcja turystyczna
Kemping/stellplatz/hotel
Miasta
Kemping/stellplatz/hotel
Atrakcja turystyczna
Atrakcja turystyczna, Miasta
Atrakcja turystyczna
Kemping/stellplatz/hotel
Atrakcja turystyczna
Miasta
Atrakcja turystyczna
Kemping/stellplatz/hotel
Kemping/stellplatz/hotel
Kemping/stellplatz/hotel
Kemping/stellplatz/hotel
Kemping/stellplatz/hotel
Na dziko
Na dziko
Kemping/stellplatz/hotel
Kemping/stellplatz/hotel
Kemping/stellplatz/hotel
Kemping/stellplatz/hotel
Kemping/stellplatz/hotel
Kemping/stellplatz/hotel
Kemping/stellplatz/hotel
Na dziko
Kemping/stellplatz/hotel
Trasa rowerowa
Kemping/stellplatz/hotel
Kemping/stellplatz/hotel
Trasa rowerowa
Kemping/stellplatz/hotel
Kemping/stellplatz/hotel
Miasta
Kemping/stellplatz/hotel
Atrakcja turystyczna
Kemping/stellplatz/hotel
Kemping/stellplatz/hotel
Kemping/stellplatz/hotel
Atrakcja turystyczna
Kemping/stellplatz/hotel
Atrakcja turystyczna
Kemping/stellplatz/hotel
Atrakcja turystyczna
Kemping/stellplatz/hotel
Plaża
Atrakcja turystyczna
Atrakcja turystyczna
Kemping/stellplatz/hotel
Kemping/stellplatz/hotel
Kemping/stellplatz/hotel
Kemping/stellplatz/hotel
Plaża
Atrakcja turystyczna
Atrakcja turystyczna
Atrakcja turystyczna
Na dziko
Atrakcja turystyczna
Miasta
Atrakcja turystyczna
Kemping/stellplatz/hotel
Kemping/stellplatz/hotel
Miasta
Na dziko
Miasta
Kemping/stellplatz/hotel
Knajpka
Na dziko
Trasa rowerowa
Trasa rowerowa
